czwartek, 12 lipca 2012

Jonizująca ekologia

Unia Europejska szczyci się swoją wspólną polityką rolną (chyba piszę się to z wielkiej litery, ale co tam) pomimo tego że na światowej mapie innowacji w rolnictwie - mam na myśli GMO - jest białą plamą. Największy procentowy przyrost areału upraw genetycznie modyfikowanych następuje w państwach rozwijających się, jednocześnie państwa te notują wzrost plonów. UE od wielu lat stosuje zakaz uprawy takich roślin (istnieją pewne wyjątki), powodem jest podejrzenie że powodują one niepożądane skutki dla środowiska oraz ludzi. Z tym że brak na to rzetelnych dowodów!

Od samego początku GMO było solą w oku organizacji ekologicznych, czy też szczerze mówią chcących za takie uchodzić. Przy pomocy wielu akcji happeningowych udało im się wymusić zakaz (obejmujący pewne wyjątki - decydują o tym poszczególne kraje) obsiewania pól nasionami genetyczne modyfikowanymi na terenie UE. Bodaj najbardziej rygorystyczne prawo krajowe w tej materii ma Polska, nasze władze niemal całkowicie zakazały takich upraw. Pomimo tego obowiązuje moratorium na sprowadzanie pasz transgenicznych. Aby wyjaśnić tą niekonsekwencję w stanowisku polskiego rządu posłużę się cytatem ze strony portalspżywczy.pl (całość TUTAJ):
 Światowy popyt na soję non GMO jest stabilny i wynosi około 4 – 5 mln ton rocznie. Jeśli w Polsce zostałby wprowadzony zakaz stosowania soi GMO, popyt wzrósłby o 2 mln ton/rocznie, tj. o prawie 50 proc. Zapewne miałoby to znaczący wpływ na cenę tego surowca i różnica ta wzrosłaby kilkukrotnie
Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze.  A w tej kwestii to już szczególnie. Polska nie dopuszcza na swój rynek obrotu i rejestracji nasion GMO. Za co, już w 2009r. zapadł niekorzystny dla nas wyrok  w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości. A szykuje się już następny pozew, dotyczący innego aspektu GMO Oczywiście przegrana wiąże się z karami finansowymi, które zapłacą podatnicy, czyli wszyscy.

Sceptyczne stanowisko UE nie przeszkadza w wydawaniu milionów euro roczne na badania biotechnologiczne, których efektem jest uzyskanie GMO. Tylko po co to robić? Po co marnotrawić środki i siły na prowadzenie badań naukowych, których wyniki nie mogą zostać wprowadzone w życie? Czy nie lepiej przeznaczyć je na inne cele? Według prof. Jana Szopy-Skórkowskiego w ciągu kilkunastu ostatnich lat na badania wydaliśmy kilkanaście miliardów złotych. Większość tych środków została w pewnym sensie zmarnowana, efekty prac badawczych nie są wprowadzane do szerszego stosowania. Tak jest np. ze zmodyfikowanym lnem posiadającym właściwości bakteriobójcze, można by z niego produkować środki opatrunkowe. Niestety tak się nie dzieje, ponieważ nie wyrażona zgody na szeroką uprawę tej odmiany rośliny.

Najlepiej byłoby wyjść z błędnego założenia o szkodliwości roślin genetycznie modyfikowanych i w pełni wykorzystać cały potencjał finansowy i intelektualny Unii w celu poprawy efektywności tych że upraw.  Spowodowałoby to wzrost uzyskiwanych plonów a tym samym wzrost rentowności upraw przy jednoczesnym zmniejszeniu zapotrzebowania na środki chemiczne, które nie są obojętne dla środowiska naturalnego. Jako kuriozum w działaniach organizacji ekologicznych można przytoczyć sprawę ziemniaka Amflora. Pomimo pozytywnych opinii o bezpieczeństwie dla środowiska, ludzi i zwierząt ekologom udało się zblokować próby wprowadzenia tej odmiany do powszechnej uprawy. Zupełnie inaczej stało się z ziemniakiem o tych samych właściwościach, uzyskanych na skutek mało precyzyjnych i w zasadzie niebezpiecznych dawek silnego promieniowania jonizującego. W tym przypadku należy się głęboko zastanowić kto bardziej nam szkodzi.

Wokół tematu GMO krąży wiele mitów, niejasności, półprawd a nawet czystych kłamstw. Osoby, którym zależy na rzetelnym przedstawieniu tematu są uważane przez ekologów za sługusów korporacji i wszelkiego innego zła stojącego za modyfikowaną żywnością. Ich argumentem na poparcie oskarżeń jest to, że pracują za pieniądze koncernów produkujących modyfikowane nasiona. Ale czy tak samo są atakowani naukowcy oceniający skuteczność leków, pracując przecież za pieniądze koncernów farmaceutycznych? Odwracając kierunek oskarżeń można zapytać o obiektywizm ekspertów organizacji ekologicznych. Pracują za ich pieniądze, wiedzą że jeśli nie przedstawią dowodów - nawet wyssanych z palca - na poparcie tez zleceniodawców już nigdy nie dostąpią możliwości skorzystania z niemałych środków jakimi dysponuje choćby Greenpeace. Co prawda nie znam wszystkich publikacji dotyczących roślin genetycznie modyfikowanych, ale na podstawie tych z którymi się zetknąłem jestem w stanie stwierdzić że liczba tych opisujących ich zalety w zdecydowany sposób przewyższa te o ich wadach.

Osobom zainteresowanym temat GMO polecam blog GMObiektywnie. Jest to naprawdę solidne źródło prawdy na ten temat, autor piętnuje tam hipokryzję i stosowanie półprawd w temacie dla nas wszystkich bardzo ważnym. Chodzi w końcu o to co jemy.

sobota, 7 lipca 2012

Art. 48

Pod koniec czerwca sąd w Kolonii (Niemcy) orzekł że obrzezanie dzieci motywowane obrzędami religijnymi jest niezgodne z prawem i należy je kwalifikować jako uszkodzenie ciała. Oczywiście wyrok ten dotyczy tylko i wyłącznie prawodawstwa niemieckiego, chciałbym jednak wykorzystać tą sytuację do poruszenia pewnego, występującego również w Polsce zjawiska, tj. przypisywania dzieci od małego do konkretnej religii i przymuszania do spełniania praktyk religijnych.

Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej w Art. 48, ustęp 1. mówi:
Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania.
 A więc rodzice mogą wychowywać swoje dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami religijnymi, co też czynią, w Polsce ze względu na przytłaczającą przewagę katolicyzmu nad innymi wyznaniami nie mamy zbyt wielu przypadków obrzezania ze względów religijnych (praktyka ta jest stosowana m.in w judaizmie), lecz mamy do czynienia z aktem chrztu. Najczęściej chrzci się dzieci kilkumiesięczne, a sam akt jest oficjalnym i nieodwracalnym(!) aktem wstąpienia do Kościoła Katolickiego. Moim zdaniem, jak też pewnie wielu osób które postarają się na trzeźwe spojrzenie na sprawę, praktyka ta stoi w jawnej sprzeczności z art. 48, a dokładnie z wytłuszczonym przeze mnie fragmentem.

Kilkumiesięczne, ba! nawet kilkuletnie dziecko nie jest w stanie pojąć sensu i właściwego ładunku moralnego jaki niesie za sobą akt chrztu, czy nawet Pierwszej Komunii, w której uczestniczą dzieci w 9 roku życia. Poziom rozwoju umysłowego takiego dziecka jest stanowczo za mały aby było ono świadome tego do czego w zasadzie jest zmuszane. Części z nich wyrządza się krzywdę, od małego narzucając im pewnego rodzaju kajdany obrzędowości. Owszem, rodzice mogą wychowywać swoje dzieci zgodnie z chrześcijańską, katolicką etykietą, ale czy koniecznie potrzebują do tego takich oficjalnych, w pewnym sensie widowiskowych (dla dziewięciolatka Pierwsza Komunia jest widowiskowa) manifestacji wiary? Czy nie lepiej wychowywać, uczyć, a dopiero po osiągnięciu wieku zbliżonego do pełnoletności umożliwić - oczywiście tym którzy zechcą - oficjalne przystąpienie do Kościoła? Przecież jest to akt nieodwracalny, tak więc osoba ochrzczona w okresie niemowlęcym, nie mająca w sobie wiary w późniejszym dorosłym życiu nie może już opuścić organizacji (Kościół Katolicki jest organizacją) do której został zapisany pod przymusem.

Hierarchowie Kościoła nawet nie ukrywają że zależy im nie na jakości wiary, czemu mogło by służyć świadome przystępowanie do wspólnoty religijnej, a na masowości, tworzeniu mirażu potęgi wielkości na suchych liczbach i zasadzie "czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci", czemu służy przymusowe wręcz chrzczenie wszystkich nowo narodzonych w katolickich rodzinach dzieci. Kościół wywodzi się z czasów gdy prawa jednostki absolutnie się nie liczyły, jednak czasy są inne, pora się do nich dostosować. Szacunek trzeba sobie zaskarbić, w ludziach co raz częściej budzi się świadomość że Katolicyzm nie szanuje wolności wyboru - nie można go trwale opuścić, stosuje się wręcz przymus zapisywania dzieci to Kościoła, tak przymus, bo jak inaczej nazwać praktykę ostracyzmu społecznego względem rodziców powstrzymujących się od ochrzczenia swej pociechy? 

Państwo nazywające siebie państwem świeckim powinno w bardzo zdecydowany sposób przeciwstawić się niemal codziennemu łamaniu podstawowego dokumentu ustrojowego, stanąć na straży wolności przekonań rozumianych jako prywatna własność każdego człowieka, nie zaś prawnego opiekuna. Dziecko, pomimo tego że nie jest w stanie zrozumieć otaczającego go świata i wyrazić swego zdania, w dalszym ciągu pozostaje jedynym właścicielem swojej wolności sumienia i przekonania. Jego niedojrzałość nie może być powodem do odbierania mu tych podstawowych praw, do których Kościół Katolicki bardzo często się odwołuje. Odwołuje ale ich nie szanuje. Każda istota ludzka zasługuje na szacunek, a ten w stosunku do małego dziecka, niemogącego jeszcze samodzielnie decydować o sobie, możemy okazać poprzez pozostawianie mu możliwości wyboru drogi zgodnej z jego wewnętrznym przekonaniem, co w konsekwencji przekłada się o odwleczeniu decyzji o formalnym przystąpieniu do jakiejkolwiek wspólnoty religijnej.

środa, 4 lipca 2012

Ekologia a zdrowy rozum i pieniądze

Po przeczytaniu wywiadu z Adamem Wajrakiem (TUTAJ) czuję potrzebę do skomentowanie kilku rzeczy z którymi się nie zgadzam. Pierwsza sprawa to określenie ekoterroryzm.
- Przyznaje się pan do ekoterroryzmu?
- Przyznaję. Ciągle mówi się o ekoterrorystach, ale jakoś ich nie widać. (...) czy ktoś podłożył bombę pod siedzibą którejś z tych firm?
Otóż aby być terrorystą nie trzeba podkładać bomb. Terrorystom zależy na sianiu niepokoju, do tego wystarczy zapowiedz zamachu. Ludzie boją się wychodzić w okolice miejsc narażonych, władze dla zapewnianie spokoju są w stanie pójść na ustępstwa, byle chronić swych obywateli. Nikt nie ginie a jednak mamy do czynienia z terrorem. Wystarczy zasiać go w głowach. I tak postępują ekoterroryści. W dodatku stosuje się tutaj przedrostek eko w celu zaznaczenia że nie mamy do czynienia z krwawym aktem terroru a ze straszeniem skutkami faktycznego/domniemanego naruszenia lub zniszczenia ekosystemu. Ludzie oraz posądzane instytucje boją się i w ten sposób organizacje uzyskują założone cele.
- W Szczecinie stanęła budowa obwodnicy, bo podobno dwa tata temu widziano tam jednego gniewosza plamistego.
- (...) gdyby pod Szczecinem stała zabytkowa kapliczka, pałacyk lub było ciekawe stanowisko archeologiczne, to wstrzymanie budowy nie byłoby tak oburzające?
Pałacyk czy też stanowisko archeologiczne mają to do siebie że są, jak je ktoś odkryje to z dnia na dzień nie znikną, nie przeniosą się gdzieś dalej. Ze wspomnianym gniewoszem (rzadki wąż) jest z kolei tak że ktoś go kiedyś widział, nie wiadomo czy tam dalej jest. Skoro nie ma pewności to czemu wstrzymujemy budowę? Na sprawdzanie ekosystemu w poszukiwaniu rzadkich okazów flory i fauny było wystarczająco sporo czasu w czasie projektowania inwestycji, argument że ktoś coś widział nie może być powodem do opóźniania ważnych inwestycji infrastrukturalnych.

W tym miejscu chciałbym przytoczyć inną sprawę blokady budowy jednego z elementów kompleksowej obwodnicy Warszawy. W basenie strażackim, a więc sztucznie wytworzonym zbiorniku wodnym pojawił się rzadki gatunek ryby - strzebla błotna (cały artykuł TUTAJ). Ktoś musiał ją tam wpuścić, sprawcy oczywiście nie ma. Nasuwa się wniosek, skoro udało się tej rybie zadomowić z pierwszym lepszym zbiorniku, to czy nie można jej przenieść w inne nie kolidujące z drogą miejsce? Do ekologów, i popierających ich mieszkańców (nie chcą ruchliwej drogi w sąsiedztwie domów - ryba to tylko pretekst) najwyraźniej to nie dociera.

I ostatnia sprawa do której chciałbym wtrącić swoje 5 groszy.
- I nigdy nie słyszał pan o przypadku wyłudzania datków na organizację ekologiczną w zamian za zaprzestanie protestów?
- Oczywiście że słyszałem. To marginalne zjawisko. (...) Ten kij ma dwa końce, drugi to inwestorzy, którzy mają coś za pazurami i starają się to przykryć forsą, płacąc tym, co ich przyłapali.
Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z przewlekłości postępowań sądowych, a najlepiej wiedzą to inwestorzy. Zablokowanie budowy do czasu wyjaśnienia sprawy może trwać miesiącami, a może nawet i latami - w Polsce wszystko jest możliwe. Przestój w budowie wiąże się z wymiernymi stratami finansowymi. Niejednokrotnie inwestorom  - nawet w przypadku posiadania rzetelnej ekspertyzy środowiskowej - znaczne bardziej opłaca się zapłacić w zamian z spokój, niż czekać na obronienie swoich racji w sądzie. Wątpię aby ludzie biznesu byli aż tak wspaniałomyślni aby tracić pieniądze z powodu czyjejś chciwości czy pospolitego pieniactwa.

Poza tym chciałbym zaznaczyć że organizacje ekologiczne są ważne i potrzebne. Działają prężnie patrząc władzy na ręce, ale warto też przyjrzeć się ich działalności i nie traktować ich jako źródła jedynej mądrości. Prowadzi to do zgubnego przekonania o własnej nieomylności.

sobota, 30 czerwca 2012

Kompleks falliczny

W najnowsze POLITYCE ukazał się krótki komentarz prof. Magdaleny Środy dotyczący EURO 2012. Ze smutkiem muszę stwierdzić że Pani Profesor co raz częściej ośmiesza samą siebie w swoim ślepym tropieniu i obnażaniu tak nielubianego przez nią patriarchatu. Nie ma nic przeciw emancypacji, jestem nawet jej zwolennikiem, choć często nie zgadzam się z argumentami i pomysłami feministek. Dla Pani Magdaleny Mistrzostwa Europy były wielkim świętem fallusa, od razu przypinając wszystkim osobom zainteresowanym tą wielką jak na polskie warunki imprezą, łatkę prehistorycznego prostaka mającego na celu tylko i wyłącznie dokopanie przeciwnikowi. Skrzywdziła tym samym setki tysięcy, jeśli nie miliony osób które potraktowały EURO jako powód do pikniku, rodzinnego spotkania, zabawy razem ze znajomymi.

Samą piłkę nożną można krytykować za jej wybitnie męski wymiar, za wyzwalanie pradawnych plemiennych instynktów męskiego wojownika, ale niech Pani Środa zastanowi się jaką krzywdę wyrządza kobietom, które poddały się "piłkowemu szaleństwu". Przecież mogły wykorzystać tą imprezę do zorganizowania wspólnych kobiecych wieczorków przy piwie i meczu, nie jest to dobry sposób na wyzwolenie się spod "tyranii patriarchatu"? Można pomyśleć że jestem naiwny i że czepiam się szczegółów, albo że wkładam w myśli Pani Profesor intencje których nie miała. Szczerze powiedziawszy nie znam żadnego przykładu wykrystalizowania się nowej kultury bez wchłonięcia, zaadaptowania głównych aspektów kultur minionych. Chcąc walczyć z patriarchatem trzeba go wchłonąć, z feminizować. Jest to znacznie lepsze podejście do problemu niż szukanie na siłę związku miedzy społeczną energią a fallusem.

Zwróciłbym też uwagę na to że po raz pierwszy od bardzo długiego czasu Polacy mieli szansę na zbiorowe, publiczne przeżywanie radości, szczęścia, to były całkiem przyjemne dla większości społeczeństwa chwile zbiorowego uniesienia. Owszem, były to igrzyska zamiast chleba, ale nie samym chlebem człowiek żyje. Nie od dziś wiadomo że istota ludzka do prawidłowej egzystencji potrzebuje wspólnoty, potrzebuje zabawy. Ludzie najedzeni będą w swej masie żądać rozrywki, tej taniej, ludowej, czy - mówiąc językiem Pani Środy - plemiennej. 

Przy okazji udowodniliśmy że potrafimy zorganizować coś wielkiego, udowodniliśmy sobie samym że możemy być razem bez konieczności ciągłego toczenia piany z pyska z tego powodu. W tym właśnie miejscu zabrakło tak poszukiwanego przez Panią Magdalenę fallusa, kobiety włączyły się do zabawy i od razu mniej testosteronu a więcej pikniku i troski. Pora więc odłożyć ten demon męskiej dominacji na półkę, przestać poszukiwać z uporem maniaka chodzących, leżących, czyhających za rogiem fallusów.

czwartek, 28 czerwca 2012

Defensywa Demokracji

W Sejmie znowelizowano prawo o zgromadzeniach umożliwiając gminom zakazanie organizacji dwóch lub więcej zgromadzeń w tym samym miejscu lub czasie. Stało się to pomimo krytycznej opinii ponad 30 organizacji pozarządowych oraz całej opozycji, jak również pomimo apeli dziennikarzy i specjalistów prawa konstytucyjnego o możliwej niezgodności nowelizacji z ustawą zasadniczą. Autorem kontrowersyjnych zmian jest Prezydent RP.

Pomysł zmian w ustawie o zgromadzeniach narodził się w zeszłym roku po zamieszkach z 11 listopada spowodowanych przez agresywne środowiska narodowo-patriotyczne. Od samego początku budził sporo kontrowersji. Opozycja parlamentarna podczas głosowań próbowała odrzucić projekt, a gdy to się nie udało próbowano dokonać zmian z niektórych zapisach - chodziło przede wszystkim o możliwość odmowy pozwolenia na zgromadzenie - niestety to też się nie udało. W chwili obecnej PiS zapowiedział że skieruje ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. I bardzo dobrze, to jedna z niewielu sensowych obietnic tej partii. W tym miejscu należy zauważyć że to właśnie styl polityki uprawianej przez tą partię doprowadził do rozlania się przemocy na ulice Warszawy podczas zeszłorocznego Dnia Niepodległości, a w konsekwencji do dzisiejszych zmian prawnych. Może jest to jakiś sposób na odpokutowanie przewinień? Chyba jestem marzycielem.

Zgodnie z nowymi przepisami za przebieg zgromadzenia miałby odpowiadać jego przewodniczący, który musiałby być łatwo rozpoznawalny wśród pozostałych uczestników demonstracji. Do jego obowiązków miałoby należeć przeprowadzenie zgromadzenia w taki sposób, aby zapobiec powstaniu szkody z winy uczestników. Jeśli nie dopełni tych obowiązków grozi mu grzywna do 7 tys. zł Uczestnicy manifestacji, jak również osoby postronne, zakłócające jej przebieg, musiałyby stosować się do poleceń przewodniczącego, za nie przestrzeganie tego zapisu grozi do 10 tys. zł grzywny. Nowelizacja daje też organom gminy możliwość zakazania organizacji dwóch lub więcej zgromadzeń w tym samym miejscu lub czasie, jeżeli doprowadzić to może do naruszenia porządku publicznego. Projekt precyzuje, że jeśli nie jest możliwe oddzielenie zgromadzeń zgłoszonych w tym samym miejscu i czasie, gmina niezwłocznie wzywa organizatora zgromadzenia zgłoszonego później do dokonania zmiany czasu lub miejsca tej manifestacji. 

I w tym miejscu zaczyna się pole do nad interpretacji przepisów i wybierania komu damy pozwolenie a komu nie. A przecież w demokracji każdy ma takie same prawa. Do zapewnienia porządku jest Policja, to na niej spoczywa obowiązek zapewnienie bezpieczeństwa osób i mienia podczas demonstracji, przemarszów i zgromadzeń. Ma ona dostateczny zestaw środków do zapewnienia bezpieczeństwa. Sytuacji skrajnych - a z takim mieliśmy do czynienia 11 listopada - dojdzie nawet przy znacznie restrykcyjnym prawie. Nie można karać obywateli za poczynania polityków, a jak wspomniałem wcześniej to właśnie oni są odpowiedzialni za rozrost skrajnych środowisk, gotowych do siłowej konfrontacji. Trzeba przestać z opowiadaniem bzdur o "patriotycznych kibolach", zdradzie, zamachu, serwilizmie, "krwi na rękach", "dorzynaniu watahy" itp. Nie będę wskazywał kto zaczął, wina jest po wszystkich stronach. Nie można agresji tłumaczyć zachowaniem strony przeciwnej, to żadne wytłumaczenie. Przyjmowanie złych praktyk, złych zasad gry jest taką samą winą jak ich narzucanie. Przemocy, braku wzajemnego szacunku należy przeciwstawić zdecydowany opór, stanowczy, ale pełen szacunku dla adwersarzy. W przeciwnym wypadku ani trochę nie będziemy się od nich różnić. Zaś tych, którzy myślą odmienni należy bezwzględnie eliminować z życia publicznego. Dla dobra nas wszystkich.

Chciałbym też przytoczyć fragmenty Sejmowej debaty na temat nowelizacji ustawy o zgromadzeniach. Robert Biedroń (RP):

To wy w PRL walczyliście o wolność. To wam ograniczano tę wolność. Dzisiaj wy ograniczacie ją innym. Nawet PiS za swoich rządów nie miał takich pomysłów. Nawet oni nie podnieśli ręki na demokrację. Zakładacie kaganiec demokracji, zakładacie kajdanki demokracji. Wstydźcie się.
Myślę że z tą wypowiedzią należy w pełni się zgodzić.  Inaczej ma się rzecz ze zdaniem Pani Krystyny Pawłowicz (PiS)
Jestem współautorem ustawy o zgromadzeniach z 1990 r. Jej celem było przywrócenie Polakom wolności zgromadzeń odebranej (...) w PRL. Pan zaś pod pretekstem incydentów sprowokowanych przez środowiska lewackie przeciwko uczestnikom marszu 11 listopada, niezadowolony z comiesięcznych procesji pamięci o ofiarach Smoleńska pod Pałac Prezydencki oraz pod pretekstem incydentów sprowokowanych przez służby rosyjskie na początku Euro, żąda obecnie istotnych ograniczeń wolności zgromadzeń, to jest podstawowej wolności politycznej.
 Otóż, droga Pani, proszę pójść po rozum do głowy, albo kupić sobie porządne okulary, jeśli nie dostrzega Pani jeszcze kto tu jest główną stroną ataku i agresji. To uczestnicy Marszu Niepodległości spowodowali zniszczenia idące w setki tysięcy złoty, to z ich przyczyny kilkunastu policjantów odniosło obrażenia. Tak atakowani przez Panią lewacy stali za kordonem policji i nie używano przeciw nim pałek, gazu łzawiącego oraz armatek wodnych. A - podejrzewam że to głównie o nich  Pani chodzi - Niemcy w czasie zamieszek od kilku godzin przebywali z areszcie. Więc siłą rzeczy, a przede wszystkim rozumu nie mogli brać w nich udziału. Natomiast część resztę o rosyjskich prowokacjach należy pominąć milczeniem, urojeń się nie komentuje, urojenia się leczy.

wtorek, 26 czerwca 2012

Obozy Ziemi Obiecanej

Państwo Izrael w ostatnich latach zmaga się nie tylko z palestyńskim terroryzmem, wrogim nastawieniem państw ościennych ale również z wzbierającą falą nielegalnych imigrantów  z Afryki. Rząd Beniamina Netanjahu podjął decyzję o utworzeniu obozu internowania dla 24 tys osób, oraz dwóch dodatkowych miejsc: więzienia i obozu wojskowego. Z cała pewnością podjęte przez Izraelczyków kroki sprowadza na kraj kolejną falę międzynarodowej krytyki. Wątpliwe aby działania nastawione na konfrontację i siłowe, jednostronne rozwiązanie problemu mogły przynieść satysfakcjonujący obydwie strony skutek. A bez satysfakcji obydwu stron nie będzie można mówić o sukcesie. Rząd Izraela zachęcany przez skrajnie prawicowe partie co raz śmielej poczyna sobie względem wszystkich swoich przeciwników. Na co dzień są to Palestyńczycy, dziś są to nielegalni imigranci.

Naród izraelski, tak bardzo doświadczony przez historię zaczyna gubić się w spirali przemocy, niechęci i wzajemnych animozji. Pomimo wielokrotnych prób pokojowych nie udało się osiągnąć trwałego porozumienia pomiędzy dwoma stronami zgłaszającymi roszczenia do tych samych terenów. Strona Izraelska - znacznie silniejsza od Palestyńczyków - nie rezygnuje z budowy żydowskich osiedli na terenach Palestyny, przeprowadza akcje pacyfikacyjne w odpowiedzi na akty terroru, będące z kolei odpowiedzią na izraelską politykę twardej ręki w stosunku do Palestyńczyków. Dochodzi do niszczenia nielegalnych palestyńskich osad oraz budowanych przez międzynarodowe organizacje charytatywne zbiorników na wodę. Nie wygląda na to aby ktokolwiek zamierzał ustąpić.

Izrael podąża ślepą ścieżką ku samozagładzie. Świadczy o tym demografia - w najbliższych latach odsetek nieżydowskiej populacji Izraela będzie tylko rósł, głównie za sprawą znacznie wyższej dzietności wśród par palestyńskich. Bez ustępstw na rzecz muzułmańskiej części społeczeństwa nie uda się ocalić państwa żydowskiego. Tylko i wyłącznie ustanowienie wspólnoty dwóch narodów jest w tanie zapewnić pokojową koegzystencję dla obydwu stron. To proces nie łatwy i długotrwały, ale bezwzględnie potrzebny.

Jak najszybciej trzeba by opracować program rozwoju  Autonomii Palestyńskiej, poprawić stan edukacji, najlepiej poprzez tworzenie szkół z dziećmi z obydwu środowisk - żydowskiego i muzułmańskiego. Poprawić dostęp do opieki medycznej, czystej wody i środków pierwszej potrzeby. Przygotować grunt pod rozwój gospodarczy. Nie od dziś wiadomo że ludność mająca zapewnioną spokojną i dostatnią egzystencję jest znacznie mniej podatna na radykalizm. A to właśnie bieda - obok chęci odwetu - jest siła napędową przemocy i popularności organizacji terrorystycznych. Obydwie strony muszą przystąpić do wzajemnej asymilacji. Tylko wtedy uda się doprowadzić do sytuacji w której miejsca w Izraelu starczy dla Żydów, Palestyńczyków jak również dla imigrantów z Afryki, i nie będzie potrzeby budowania obozów internowania czy jakichkolwiek innych miejsc gdzie będzie się wysyłać niechcianych. Niestety po każdej ze stron brak wyraźnej siły politycznej do przeprowadzenia niezbędnych zmian w prawie, praktyce i ludzkiej mentalności.

niedziela, 24 czerwca 2012

Makabra na T-shirtach

W pewnym mieście, nazywanym "Miastem Cudów nad Wisłą" pewna grupa ludzi wpadła na niesamowity pomysł. Zainicjowano sprzedaż koszulek upamiętniających Powstanie Warszawskie, zysk z akcji ma być przeznaczony na zakup zniczy, kwiatów i farb do graffiti, które pomysłodawcy chcą stworzyć. Pomysł godny pochwały i naśladowania gdyby nie fakt że na koszulce jako alegorię Powstania umieszczono wizerunek pomnika Małego Powstańca. Pomnik budzący wiele kontrowersji.

Zacznijmy od zeszłorocznej wypowiedzi Olgi Lipińskiej:
Pomnik Małego Powstańca to hańba. Co to jest? Przecież życie - ŻYCIE - jest najważniejsze
To prawda życie jest najważniejsze. Po części wtórował, a po części polemizował z Panią Lipińską Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego:
Ja też uważam, że Pomnik Małego Powstańca jest sytuacją przerażającą ... (...) Rzeczywiście ten pomnik jest hańbą, ale musimy pamiętać o tym, że jest to wynik ludobójczej totalitarnej polityki Niemiec hitlerowskich
Oczywiście można znaleźć znacznie więcej krytycznych komentarzy odnoszących się do wizerunku dziecka z bronią. Dlaczego więc organizatorzy akcji zdecydowali się umieścić go na koszulce? Dlaczego chcą aby stawał się on symbolem popkultury? Czy - na skutek zwrócenia uwagi na kontrowersyjność - zmienią wygląd koszulki? Mam taką nadzieję, niestety małą.

 Jeszcze jedną budzącą zastanowienie rzeczą jest napis umieszczony na tyle koszulki - "Radzymińscy patrioci". Patriotyzm to coś, co nosi się w środku, trzeba go czuć. Nikt nie ma monopolu na przyznawanie łatki "patriota". Nie lepszy byłby napis "Radzyminiacy"? Czy osoba, której nie stać na zakupienie  koszulki (40zł) nie ma prawa do bycia patriotą? Czy żeby czuć się patriotą trzeba mieć to dobitnie wypisane na "czole", aby nikt nie mógł w to wątpić? Czy aby nie jest to patriotyzm na pokaz, tak naprawdę będący fałszem, ładnie wyglądającą dekoracją? Nie rozumiem po co w nas tyle chęci do dzielenia, stygmatyzowania, szufladkowania. Nie możemy występować jako wspólnota, jako całość?

Wróćmy do Małego Powstańca. Posyłanie do walki dzieci jest klęską dorosłych, ich całkowitą porażką. Powinni je chronić a pozwalają im ginąć. Upamiętnienie dziecięcych ofiar wojny (te ginące z bronią w ręku były marginesem) jest naszym obowiązkiem, lecz zastosowanie tej koncepcji wizualnej jest powodem do wstydu, nie przynosi nam nic prócz hańby z powodu niepotrzebnej śmierci niewinnych istot w awanturze rozpętanej przez nieobliczalnie nieodpowiedzialnych dorosłych.

Sposoby upamiętniania PW budzą wiele głosów krytycznych. Muzeum Powstania nazywane jest "makabrycznym parkiem rozrywki". Trochę w tym prawdy, ale nic nie jest białe bądź czarne. Aby przyciągnąć widza, młodego widza na którym placówkom tego typu najbardziej zależy trzeba sprowadzić przekaz do pewnego rodzaju rozrywki. Nie może ona sprawiać czystej przyjemności, ale nie może być nudna, jednocześnie powinna utrwalać wiedzę na temat wydarzeń historycznych. 

Powstanie Warszawskie to kontrowersyjna karta polskiej historii. Zbrodnia na narodzie Polskim dokonana na nasze życzenie i częściowo naszymi rękami. Bo jak inaczej nazwać rozpętanie ulicznych walk w gęsto zabudowanym i zamieszkanym mieście? Olbrzymie straty materialne, kulturalne (niektóre zbiory i archiwa w praktyce przestały istnieć) a przede wszystkim straty ludzkie to jedyne co nam przyniosła "burza w szklance wody". Trzeba oddać sprawiedliwość bohaterom tamtych wydarzeń, w 1944 roku innego wyjścia jak stanąć do walki nie mieli. Lecz dziś, korzystając z przywileju chłodnej oceny historycznej musimy stwierdzić że PW było wielkim błędem i porażką. O ofiarach - przede wszystkim cywilne - należy pamiętać, czcić ich poświęcenie, ale nie stawiać ich za wzór. Najbardziej dla kraju przysługują się ci co żyją i pracują dla jego rozwoju, nie zaś ci co za niego giną. Dla najmłodszego pokolenia Powstanie Warszawskie powinno być przestrogą jak nie należy postępować.