Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieniądze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieniądze. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 września 2013

Krytyka wewnętrzna

Znów ideały sięgnęły bruku. Podziwiana i chwalona przeze mnie Krytyka Polityczna, odsłoniła swą prawdziwą gębę. Jeden z jej najlepszych felietonistów - Tomasz Piątek, został pomówiony o "donosicielstwo" przez nieskalane kłamstwem usta Wildsteina, na co redakcja "Dziennika Opinii" (redagowanego przez KP) odpowiedziała zakończeniem współpracy z Piątkiem. Co było dokładnym powodem takiej decyzji? Ano, Piątek postanowił dokonać normalnej - w normalnych krajach, oczywiście - akcji konsumenckiego oporu, mianowicie rozesłał do firm reklamujących się w tygodniku "Do Rzeczy" (pieszczotliwie nazywanym "Od Rzeczy") mail z pytaniem czy są świadome prowadzonej przez tygodnik obrzydliwej kampanii, popierającej faszystowskie prawo wprowadzone przez Putina. Celem tej akcji miałoby zmuszenie tych firm do zaprzestania wykupywanie reklam w tym tytule.

Muszę przyznać że wiele razy nie zgadzałam się z argumentami i tezami zawartymi w tekstach Tomasza Piątka, przykładem może być choćby nie tak dawny tekst dotyczący GMO. Kontrowersje, które wzbudził zmusiły redakcję KP do oficjalnych przeprosin. Ale wiele jego innych tekstów doskonale wpisywało się w sedno poruszanych problemów. Język - często dosadny - stanowił jeden z najlepszych oręży jakim KP dysponowała w dyskursie ze swoimi adwersarzami. Jeśli chce się zmieniać kraj, rzeczywistość, trzeba do ludzi mówić językiem zrozumiałym dla większości. Niestety, liczba osób mieszkających w Polsce, będacych w stanie zrozumieć, np. niektóre intelektualne wywody innego felietonisty - Cezarego Michalskiego - jest niewielka, i absolutnie nie wystarczająca do dokonania zmian za pomocą mechanizmów demokratycznych, a więc wolą większości. Tak mimochodem wspomnę, że "druga strona" nie ma żadnych skrupułów i nieustannie wylewa hektolitry pomyj na wszystkich, śmiących mieć choć odrobinę inne zdanie. W najmniejszym stopniu nie przejmując się przeprosinami.

A właśnie przeprosiny stały się wymówką, uzasadniającą wyrzucenie felietonisty z "Dziennika Opinii". Wielka szkoda, że "idealiści" z KP, porzucili przyjaciela na pastwę losu, obawiając się podobnej akcji ze strony prawicy - pozwolę sobie zacytować fragment maila, jaki Tomasz Piątek otrzymał po wyrzuceniu go ze stanowiska:
Przez to, co zrobiłeś każdy prawicowiec mógłby zacząć pisać listy
do każdego naszego grantodawcy zniechęcające go do finansowania nas i czuć się w tym usprawiedliwiony. Wystarczy, że młody Wildstein swoje zarzuty, że jesteśmy antysemitami (stawiał takie), zamiast na blogu napisze w liście do szefów jednej z kilku niemieckich fundacji, które przyznają nam środki na różne działania. Szczególnie za granicą nikt nie musi wiedzieć, czy nas okradziono czy myśmy ukradli, i gdyby kilku znaczących ludzi z Polski, np. były szef telewizji publicznej Wildstein i były szef najdłużej ukazującego się dziennika w Polsce Lisicki i były minister kultury Ujazdowski takie listy podpisywali, to mogą nam bardzo zaszkodzić.

Swoja drogą, bardzo zastanawia mnie poziom "niemieckich granatodawców", którzy mieliby dać wiarę wyssanym z palca oszczerstwom, podpisanym nawet przez - na pozór - wiarygodne osoby, bez dokładnego sprawdzenia, czy stawiane zarzuty są prawdziwe.

Po raz kolejny okazało się, że dla kawiorowej lewicy, krytykującej pogoń za pieniądzem oraz wypaczenia brutalnego kapitalizmu, znacznie ważniejsza jest kasa, niż cierpienia młodych ludzi.

Droga Krytyko Polityczna, wielki, na prawdę wielki minus.

Dla zainteresowanych link do relacji Piątka, oraz wpis Adama Ostrolskiego.

czwartek, 19 lipca 2012

Trupy na budowie

Wielki program infrastrukturalny polegający na budowie sieci autostrad i dróg ekspresowych miał przynieść Polsce skok cywilizacyjny, a  firmom budowlanym wielkie zyski. Jego ogłoszenie zbiegło się w czasie z międzynarodowym kryzysem gospodarczym, wielkie programy budowlane pomogły uratować nasz kraj przed groźbą recesji, miały też uratować firmy przed upadkiem. Stało się inaczej. Dominującym, w zasadzie wyłącznym kryterium decydującym o przyznaniu kontraktu było kryterium ceny. Im niższa, tym lepiej, koncerny budowlane przy jej wyliczaniu nie brały pod uwagę możliwości wzrostu cen materiałów budowlanych, a te po zniżce w początkowej fazie kryzysu w ostatnim czasie mocno poszybowały w górę. Zakładano że nawet strata przy kontrakcie budowlanym będzie mniejszym złem niż zastój, ponowne odtworzenie mocy przerobowych byłoby kosztowne, a wiadomo że z czasem sytuacja gospodarcza się poprawi i wróci bum budowlany, a wtedy będą zarabiać ci, którym udało się przetrwać na państwowych kontraktach. Wszystko to wzięło w łeb, budowlańcom nie udało się utrzymać płynności finansowej, państwowy inwestor - inaczej niż robi się w innych europejskich państwach - pełną odpowiedzialnością za wzrost cen obarczył wykonawców. Żądając jednocześnie jak najwyższej jakości i strasząc terminami, bo jak wiadomo wszystko budowaliśmy na Euro.

Twierdzenie że za wszystkie ogłoszone bankructwa - również za te co dopiero będą miały miejsce - winne jest państwo byłoby jawną niesprawiedliwością i płytkością osądu. Pierwszy wielki bankrut - DSS nie miał doświadczenia w budowie dróg, kolejny - PGB przeliczył się w zakupach, za ok. 0,5 mld kupił Rafako, firmę specjalizującą się w budowie bloków energetycznych w elektrowniach. Problemy pojawiły się też w Polimex-Mostostal. Wszystkie upadające wielkie firmy pociągają za sobą na dno podwykonawców, wkrótce bez pracy mogą się znaleźć dziesiątki tysięcy osób. Ratunkiem dla mniejszych kooperantów ma być obiecana przez ministra Sławomira Nowaka ustawa, pozwalająca zapłacić podwykonawcom za wykonane roboty z pominięciem konsorcjum będącym głównym wykonawcą. Wielu ekspertów uważa ze to może nie wystarczyć. Szansą dla bankrutów miałaby być publiczna pomoc w postaci częściowej nacjonalizacji, lub wykupienia przez państwo niektórych spółek zależnych. Jednak aby udzielić pomocy publicznej dla prywatnej firmy wymagana jest zgoda UOKiK oraz Brukseli, na którą trzeba czekać miesiącami. A pomoc potrzebna jest już teraz.

Na rozbudowę infrastruktury transportowej dostaliśmy 22,1 mld euro. Olbrzymią górę pieniędzy musieliśmy wydać jak najszybciej, urzędnicy nie mieli doświadczenia w zarządzaniu takimi kwotami, piętrzyły się problemy. Mimo to Polska stała się placem budowy, oraz cmentarzem firm budowlanych, które schodzą o własnych siłach, bądź też są wyrzucane z rozgrzebanych inwestycji. Kto je dokończy, skoro niemal wszyscy tracą na państwowych kontaktach? Szacunkowa  wartość strat sektora budowlanego to 6 mld zł. Kwota spora. Zagraniczni wykonawcy, posiadający większą pulę własnych środków finansowych, jak również bardziej opłacalne kontrakty w innych państwach mogą latami czekać na sądowe rozstrzygnięcia w sporach o waloryzację cen wykonanych robót. Dzieje się tak ponieważ GDDKiA, jak już wcześniej wspomniałem, jest całkiem głucha na wołania z placów budów o urealnienie cen i renegocjacje kontraktów. W przypadku przegranej przed sądem państwowy inwestor będzie musiał zapłacić należność wraz z odsetkami, spowoduje to wstrzymanie innych planowanych obecne a przewidzianych do realizację na najbliższe lata projektów. Jak zawsze zapłacimy my wszyscy. A to nie wszystko. 

W czarnym scenariuszu ( moja prywatna symulacja, poparta pojedynczymi już udowodnionymi przypadkami) firmy próbując uchronić się przed stratami obniżały jakość końcowego produktu, co prawda kontrakty przewidują gwarancję, ale czy na upadłej firmie można ją wyegzekwować? Raczej nie, więc za naprawy zapłacimy my. Idziemy dalej. Każda firma budowlana na realizację kontraktu potrzebuje kredytów, szacuje się że łącznie wynoszą one 24 mld zł. W przypadku rozprzestrzeniania się skali bankructw możliwe ze nawet co trzecią złotówkę trzeba będzie spisać na straty. Nie zabije to naszych banków, ale spowoduje spore straty, które będą musiały sobie w jakiś sposób odbić, najłatwiej na klientach. Może być jeszcze trudniej o kredyty (problem będzie dotyczył przedsiębiorców). Straty mogą ponieść również fundusze inwestycyjne, które skusiły się na akcje firm budowlanych. Już teraz giełdowe wyceny spółek spadły o kilkadziesiąt procent, w niektórych przypadkach nawet o ponad 70%! Cały ten ciąg może spowodować znaczne obniżenie koniunktury w Polskiej gospodarce, a nawet spowodować zapaść. Możliwe że prawdziwy kryzys dopiero przed nami.

Nasuwa się pytanie, dlaczego rząd dopuścił do takiej sytuacji? Politycy lubią przecinać wstęgi, chcieli pokazać że potrafią dopiąć swego (ekspresowe tempo budów w związku z Euro), że dbają o publiczne środki (brak waloryzacji cen kontraktów). Bali się tez krytyki ze strony opozycji. Odstąpienie od wyłączności  kryterium ceny i zastąpienia go doświadczeniem w podobnych projektach oraz zdolnościami kredytowymi spotkało by się z głosami o niegospodarne dysponowanie publicznymi pieniędzmi. Być może takie podejście mogło by uchronić nas przed obecną falą bankructw, potrzebą pośpiesznego wymyślania programów ratunkowych i problemem z niedokończonymi inwestycjami. 

W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę na infantylność obecnej opozycji, najpierw krytykowała władze za zbyt wysoką wycenę inwestycji, by następnie płynnie i nie zauważalnie dla szarego wyborcy przejść do krytyki za zbyt niskie ceny. Trąci to hipokryzją i dziecinadą, niestety konstruktywna krytyka to pojęcia obce polskiej prawicy.

Program wielkich inwestycji w infrastrukturę drogowo-transportowa dobiega końca. Z następnego budżetu unijnego będzie finansowany inny - program energetyczny. Ciekawe tylko czy będzie komu budować nowe elektrownie i czy publiczny inwestor wyciągnie wnioski z obecnych problemów branży budowlanej i wprowadzi zmiany w procedurach przetargowych i przy wykonywaniu zamówionych prac.

środa, 4 lipca 2012

Ekologia a zdrowy rozum i pieniądze

Po przeczytaniu wywiadu z Adamem Wajrakiem (TUTAJ) czuję potrzebę do skomentowanie kilku rzeczy z którymi się nie zgadzam. Pierwsza sprawa to określenie ekoterroryzm.
- Przyznaje się pan do ekoterroryzmu?
- Przyznaję. Ciągle mówi się o ekoterrorystach, ale jakoś ich nie widać. (...) czy ktoś podłożył bombę pod siedzibą którejś z tych firm?
Otóż aby być terrorystą nie trzeba podkładać bomb. Terrorystom zależy na sianiu niepokoju, do tego wystarczy zapowiedz zamachu. Ludzie boją się wychodzić w okolice miejsc narażonych, władze dla zapewnianie spokoju są w stanie pójść na ustępstwa, byle chronić swych obywateli. Nikt nie ginie a jednak mamy do czynienia z terrorem. Wystarczy zasiać go w głowach. I tak postępują ekoterroryści. W dodatku stosuje się tutaj przedrostek eko w celu zaznaczenia że nie mamy do czynienia z krwawym aktem terroru a ze straszeniem skutkami faktycznego/domniemanego naruszenia lub zniszczenia ekosystemu. Ludzie oraz posądzane instytucje boją się i w ten sposób organizacje uzyskują założone cele.
- W Szczecinie stanęła budowa obwodnicy, bo podobno dwa tata temu widziano tam jednego gniewosza plamistego.
- (...) gdyby pod Szczecinem stała zabytkowa kapliczka, pałacyk lub było ciekawe stanowisko archeologiczne, to wstrzymanie budowy nie byłoby tak oburzające?
Pałacyk czy też stanowisko archeologiczne mają to do siebie że są, jak je ktoś odkryje to z dnia na dzień nie znikną, nie przeniosą się gdzieś dalej. Ze wspomnianym gniewoszem (rzadki wąż) jest z kolei tak że ktoś go kiedyś widział, nie wiadomo czy tam dalej jest. Skoro nie ma pewności to czemu wstrzymujemy budowę? Na sprawdzanie ekosystemu w poszukiwaniu rzadkich okazów flory i fauny było wystarczająco sporo czasu w czasie projektowania inwestycji, argument że ktoś coś widział nie może być powodem do opóźniania ważnych inwestycji infrastrukturalnych.

W tym miejscu chciałbym przytoczyć inną sprawę blokady budowy jednego z elementów kompleksowej obwodnicy Warszawy. W basenie strażackim, a więc sztucznie wytworzonym zbiorniku wodnym pojawił się rzadki gatunek ryby - strzebla błotna (cały artykuł TUTAJ). Ktoś musiał ją tam wpuścić, sprawcy oczywiście nie ma. Nasuwa się wniosek, skoro udało się tej rybie zadomowić z pierwszym lepszym zbiorniku, to czy nie można jej przenieść w inne nie kolidujące z drogą miejsce? Do ekologów, i popierających ich mieszkańców (nie chcą ruchliwej drogi w sąsiedztwie domów - ryba to tylko pretekst) najwyraźniej to nie dociera.

I ostatnia sprawa do której chciałbym wtrącić swoje 5 groszy.
- I nigdy nie słyszał pan o przypadku wyłudzania datków na organizację ekologiczną w zamian za zaprzestanie protestów?
- Oczywiście że słyszałem. To marginalne zjawisko. (...) Ten kij ma dwa końce, drugi to inwestorzy, którzy mają coś za pazurami i starają się to przykryć forsą, płacąc tym, co ich przyłapali.
Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z przewlekłości postępowań sądowych, a najlepiej wiedzą to inwestorzy. Zablokowanie budowy do czasu wyjaśnienia sprawy może trwać miesiącami, a może nawet i latami - w Polsce wszystko jest możliwe. Przestój w budowie wiąże się z wymiernymi stratami finansowymi. Niejednokrotnie inwestorom  - nawet w przypadku posiadania rzetelnej ekspertyzy środowiskowej - znaczne bardziej opłaca się zapłacić w zamian z spokój, niż czekać na obronienie swoich racji w sądzie. Wątpię aby ludzie biznesu byli aż tak wspaniałomyślni aby tracić pieniądze z powodu czyjejś chciwości czy pospolitego pieniactwa.

Poza tym chciałbym zaznaczyć że organizacje ekologiczne są ważne i potrzebne. Działają prężnie patrząc władzy na ręce, ale warto też przyjrzeć się ich działalności i nie traktować ich jako źródła jedynej mądrości. Prowadzi to do zgubnego przekonania o własnej nieomylności.

wtorek, 8 listopada 2011

Hej! Ty wielebny bracie! Jesteś nietykalny, bo w ornacie!

Największym wrogiem Kościoła w Polsce - co uwidoczniło się w ostatnich dniach - jest on sam. Wielu hierarchów sprawia wrażenie jakby żyło w innym świecie, feudalnych zależności, uosabiania władzy z Bogiem i monopolu na moralność. Pomysł z dopuszczeniem katechetów jako wychowawców klas szkolnych jest kolejnym krokiem ku ubezwłasnowolnianiu państwa od myśli katolickiej, tej najbardziej konserwatywnej , bo taką właśnie linię prezentuje Kościół w Polsce.
Propozycja Episkopatu z możliwością odpisu od podatku 1% na wybraną kościół. Wstępne szacunki mówią że mogło by to kosztować budżet państwa ok 600 mln zł. Propozycja słuszna o ile Kościół zrezygnuje z innych danin uzyskiwanych od państwa. Głośno powiedziano tylko o likwidacji Funduszu Kościelnego - 94 mln zł rocznie. Na tle ogółu środków przekazywanych z budżetu - według portalu Money.pl 1 mld 630 mln rocznie -  to suma wręcz śmieszna. Do tego powinno się jeszcze doliczyć 1 mld 223 mln wpływów od wiernych. Proponowałbym rozpoczęcie gruntownego przeglądu zasad finansowania z publicznych środków wydawanych na kościoły. Zmienić należałoby całą politykę fiskalną i nie tylko, mentalną również.
Polska armia w ciągu ostatnich lat przeszła radykalne odchudzanie, jej obecny stan etatowy to ok 100 tys. żołnierzy. Gdy w latach 90 do wojska wracali kapelani wojsko liczyło ponad 200 tys, wojskowych ubyło, księża kapelania pozostali, na jednego przypada 689 żołnierzy ponadto ordynariat polowy ma do pomocy 124 pracowników cywilnych. Każdy ksiądz pełniący służbę w wojsku posiada automatycznie stopień oficerski, łączy się to z kilku tysięczną pensją oraz wysoką emeryturą, którą uzyskuje na takich samych zasadach ja pozostali wojskowi, po 15 latach służby. MON ponosi również koszty utrzymania parafii garnizonowych, wiele jest przypadków gdy takowy dziwaczny twór - przypomnę że państwo Polskie jest w myśl konstytucji neutralne światopoglądowo - funkcjonuje w miastach gdzie już od lat nie stacjonują żadne oddziały. W tym roku na Ordynariat  Polowy przeznaczono 20 mln 530 tys. zł, kwota ta nie zawiera kosztów emerytur wojskowych dla duchownych, np dla bp Leszka Sławoj Głódzia. Polska armia, przechodząca proces modernizacyjny a przy tym z powodu kryzysu finansowego borykająca się z niedoinwestowaniem, musi ponosić również koszta funkcjonowania instytucji religijnej, która jest od niej nie zależna i na każdą próbę zmniejszenia kosztów funkcjonowania reaguje alergicznie, wręcz z agresją. Kapłanom głoszącym "słowo boże" nie przystoi pobierać wysokich wynagrodzeń finansowanych przez wszystkich obywateli, również tych ledwo wiążących koniec z końcem.
We wszystkich szkołach w Polsce prowadzone są lekcje religii, w teorii nieobowiązkowe, lecz w przypadku rezygnacji z uczęszczania na te zajęcia szkoły nie mają uczniom do zaoferowania żadnej alternatywy. MEN na pensje 18,4 tys. świeckich katechetów, 11,4 tys. księży katechetów, 2,6 tys. sióstr zakonnych i 1,1 tys. zakonników rocznie musi wysupłać ze swojego budżetu ok. 500 mln zł. Jednocześnie ministerstwo nie ma żadnego wpływu na program i przebieg nauczania tego "przedmiotu", a niejednokrotne przykłady ujawnione przez dziennikarzy i samych uczniów ukazują że wiedza przekazywana podczas lekcji religii może być bardzo szkodliwa. Lekcje te przekazują zaściankowy obraz świata, zamykają drogę do dojrzałej i rzetelnej edukacji seksualnej w szkołach oraz nie dopuszczają możliwości dyskusji, krytyki nieprawdziwych, fałszywych dogmatów moralnych przekazywanych przez katechetów. Oczywiście całą ta armia ludzi po uzyskaniu stosownego wieku zyska prawo do emerytur, wypłacanych z ZUS. Uczniowie, od najwcześniejszych lat powinni mieć zapewnioną obiektywną edukacje etyczną, natomiast edukacja wyznaniowa powinna spocząć na barkach właściwego kościoła, zajęcia powinny być całkowicie dobrowolne, a najlepiej by było gdyby odbywały się po za budynkiem państwowej szkoły, na koszt danej parafii bądź też rodziców danego dziecka.
Kościół Katolicki z tytułu swej wielosetletniej działalności na ziemiach polskich dorobił się sporej liczby budowli zabytkowych, kościołów, klasztorów itp. Ich remonty są w dużej mierze finansowane ze środków budżetowych, ostatnio również unijnych. Co do ostatniej formy finansowania nie można mieć sporych pretensji - wygrywa ten kto przygotuje lepszą dokumentację inwestycji - o tyle zaangażowanie państwa w odnowę nieruchomości nie będących w rękach publicznych jest co najmniej niepokojące. W tym wypadku dobre byłoby przyjęcie rozwiązań francuskich - wszystkie świątynie wybudowane przed 1905 rokiem państwo francuskie przejęło na własność i dba o ich stan techniczny. Również w Polsce należałoby aby państwo przejęło uważane za zabytkowe budowle sakralne na własność, dokonywało bieżących napraw, jednocześnie udostępniając je do celów religijnych, nie koniecznie bezinteresownie. Gdyby taki system funkcjonował w okresie katastrofy smoleńskiej, być może nie doszłoby do nieodpowiedzialnej decyzji o pochówku pary prezydenckiej na Wawelu. Zauważę że krypty należą do Kościoła, a ostateczną decyzję podjął prałat katedry Wawelskiej.
Oprócz wyżej, dość szerzej opisanych przykładów przywilejów Kościoła są: mniej rygorystyczne zasady organizacji ogólnopolskich zbiórek pieniędzy, nadawania koncesji medialnych niemal z automatu (imperium medialne o Tadeusza Rydzyka), niemal brak opodatkowania, bezpłatne (w przypadku duchownych nie pracujących na państwowych posadach) ubezpieczenia zdrowotne oraz zapewne wiele, wiele pomniejszy ulg które trudno zliczyć i wyszczególnić.
1% podatku przeznaczanego na Kościół przez poszczególnych wiernych powinien zostać wprowadzony po znacznym ograniczeniu wymienionych prze zemnie przywilejów. Powinien być on niezależny względem 1% przekazywanego na OPP (aby organizacje te nie musiały konkurować z księżmi o pieniądze na działalność), a najlepiej aby był doliczany jako dodatkowa, dobrowolna danina podatnika naliczana od sumy podatku w danym okresie rozliczeniowym. Nie jest to radykalny antyklerykalizm, to normalna, rzeczowa postawa wobec autonomicznej instytucji, która nie może być tak hojnie obdarowywanym beneficjentem pomocy publicznej bez obowiązku rozliczania sie z uzyskanych środków.
W Polsce antyklerykalizm ma długą tradycję. Już w XV - XVI w. dochodziło do wystąpień przeciw duchowieństwu i wierze w Boga jednocześnie. Jednakże z powodów historycznych (zabory) nie doszło na ziemiach polskich do całościowej dyskusji o roli duchowieństwa i wiary w kształtowaniu polityki państwa. Ten czas nadchodzi dziś. Społeczeństwo jest co raz bardziej zmęczone przepychem w jakim żyją księża i arogancją z jaką się odnoszą do obywateli. Obecna sytuacja Kościoła Katolickiego przypomina schyłkowe okresy wszystkich imperiów, kasta rządząca żyje w oderwaniu od rzeczywistości, nieliczne głosy krytyki pojawiające się we własnym łonie są bezwzględnie pacyfikowane (ksiądz Adam Boniecki), a wypaczenia (ksiądz Natanek, o Rydzyk) nie są piętnowane. To równia pochyła, po której idzie episkopat myślący o tym jak zapewnić sobie bezpieczeństwo finansowe, jak najbardziej niezależną pozycję wobec państwa, jednocześnie sprawując rząd dusz, posiać monopol na moralność. Im później hierarchowie zauważą zmiany jakie wokół nich zachodzą tym dla nich gorzej. Liczba wiernych spada i spadać będzie, to trend nie do zatrzymania, a nerwowe ruchy środowisk kościelnych tylko ten trend przyśpieszają. Odwrotu nie ma, czeka nas porządna dyskusja o roli i sile Kościoła Katolickiego w państwie. Apogeum jego władzy mija i teraz wpływ na rzeczywistość będzie co raz mniejszy. Ale biskupi tego jeszcze nie widzą.