poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Balonik z helem

Już od dawna wiadomo że klasa polityczna jest znacząco oderwana do realnego świata, ma małe pojęcie o codziennych problemach i sprawunkach zwykłego obywatela. Doskonale obrazuje to gafa byłego prezydenta USA G.W. Busha, który podczas kampanii wyborczej (jeszcze nie był wtedy prezydentem) udał się w blasku fleszy do sklepu po zakupy, wybrał wyłącznie amerykańskie produkty, gdy podszedł do kasy kasjerka zaczęła skanować kody kreskowe, ze zdziwieniem zapytał "Co Pani robi?". Tak dawno nie był w sklepie że nie wiedział o ich wprowadzeniu. Misterny plan pokazania kandydata na prezydenta jako zwykłego obywatela runął w gruzach.

Podobnej wpadki podczas kampanii wyborczej uniknął Jarosław Kaczyński, niestety nie oznacza to że nie stał się balonikiem z helem unoszącym się ponad głowami szarych ludzi. Trudno powiedzieć czy to na własne życzenie, czy też za namową otoczenia kreuje się na politycznego bonza rodem z krajów trzeciego świata. To właśnie tam na porządku dziennym są politycy opozycyjni otoczeni szpalerem groźnie wyglądających ochroniarzy, ich domy, a raczej pałace, przypominają fortece. Tak właśnie wygląda życie Kaczyńskiego. Czego się boi, że na ochronę wydaje tak duże sumy? Czyżby dopadła go mania prześladowcza? Czyżby uważał się za zaszczutego przez władzę bojownika o wolność? Wątpię, tak mogą sądzić jego wyznawcy, Kaczyński jest strasznym cynikiem, właściwie nie wierzy w większość rzeczy, które plecie na wiecach czy spotkaniach ze swoją sektą. Jest zaślepiony władzą, możne trochę otumaniony szokiem po śmierci brata, z którym był bardzo zżyty, ale to właśnie żądza władzy pcha go ku tym wszystkim anormalnym zachowaniom. Możliwe że cały ten cyrk jest po to, aby "król" ludu smoleńskiego mógł czuć się jak władca. Realne szanse na powrót do władzy są małe, styl polityki PiS i główne jej kierunki są nieatrakcyjna dla umiarkowanego wyborcy. Partia ta zamyka się w ścisłym gronie fanatycznych zwolenników, pozbawia się możliwości ekspansji.

Za tą ekstrawagancję, za miraż władzy płaci partia, a ta utrzymywana jest z kasy państwa. Więc za wszystko płacimy my, podatnicy. Nie widać racjonalnego wytłumaczenia dla tego jawnego marnotrawienia środków publicznych. W założeniu pieniądze przekazywane przez państwo na działalność partii politycznych, mają służyć rozwojowi myśli prawnej, tworzeniu nowego prawa, idei politycznych. Na zachodzie wiele obozów politycznych utrzymuje swoje własne think tanki, w Polsce pieniądze wydaje się na goryli odgrywających teatrzyk przed tłuszczą. A to tyko jeden z aspektów rachityczności obecnego systemu publicznego wsparcia dla partii. Warto wspomnieć że inni również nie są święci.

Wydawanie publicznych pieniędzy nie zgodnie z interesem publicznym (ale zgodnie z prawem), to nie jedyna ciemna sprawa PiSu. Już od wielu lat ciągnie się za tą partią sprawa Fundacji Prasowej Solidarność. Lata temu na tej i innych, nie do końca jasnych sprawach i interesach Porozumienia Centrum, jego członków i spółek zależnych budował swój mit walki z układem  Andrzej Lepper. Ten sam, który zasiadał w rządzie Kaczyńskiego. jak widać władza jest cenniejsza niż słowa o uczciwości i sprawiedliwości. Osobiście nigdy nie wierzyłem w to co mówił Pan Lepper, co nie zmienia faktu że nie dotrzymał własnego słowa.

Jak widać, najgłośniejsze w kraju środowisko domagające się ścigana i ukarania winnych wszystkich przekrętów i aktów bezprawnego, a czasem tylko bezczelnego uwłaszczenia, środowisko Prawa i Sprawiedliwości samo wymaga rozliczenia z nie do końca jasnych z etycznego punktu widzenia decyzji i działań. Nie wszystko podbiega pod paragrafy, nie za wszystko (być może za nic) nie da się skazać. Ale jest coś takiego jak moralność, i ona nie pozwala dopuszczać się tego wszystkiego, czego dopuszczają się "prawi i sprawiedliwi". W ich wydaniu jest to podwójnie oburzające, gdyż domagają się od innych tego, czego sami nie wymagają od siebie. Łatwiej dostrzec drzazgę w oku rywala, niż belkę we własnym.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Sport głupcze!

XXX Letnie Igrzyska Olimpijskie w Londynie za nami, przed nami dyskusja o kondycji polskiego sportu, jego perspektywach na przyszłość i strategii naprawczej. O tej ostatniej mówiono po Igrzyskach w Pekinie, Atenach, nawet po Sydney... jak widać tylko mówiono. Najgorszy wynik medalowy na Olimpiadzie od 1956 roku (w 1988 też zdobyliśmy 2 złote medale, ale oprócz tego 5 srebrnych i 9 brązowych) i zaklęty wynik 10 zdobyczy medalowych to trochę mało jak na możliwości naszego kraju, a już w szczególności za mało jak na nasze apetyty. Lista zawiedzionych nadziei medalowych jest długa, jest też całkiem spora lista pozytywnych zaskoczeń, nie zawsze medalowych, ale takie sukcesy też się liczą.

Jeszcze przed rozpoczęciem największej imprezy sportowej świata na pytanie "ile Polska zdobędzie medali" większość zapytanych (pytano głównie "ekspertów" i znanych z tego że są znani) padała odpowiedź że 12 "bo tylu jest siatkarzy". Jak wiadomo w siatkówce żadnego medalu nie zdobyliśmy. Tak się kończy dzielenie skóry na niedźwiedziu.

Oczywiście z całego serca chciałbym pogratulować zwycięzcom, przegranym i tym którzy pojechali po doświadczenie. Chciałbym podziękować za emocje, wzruszenia wygranej i gorycz porażki. Najbardziej mi żal tych, którzy ze łzami w oczach przepraszali że nie wyszło. Anita Konieczna i Karolina Michalczuk wcale nie muszą tego robić. Wzięły udział, zaserwowały mam porcję niesamowitych emocji. Gdyby sport opierał się na przewidywalności to nikt by się nim nie interesował, a już na pewno nie byłby tak popularny. Szkoda tylko że te Panie nie będą już mogły pokazać na co tak naprawdę je stać.

Aby takich sytuacji było mniej trzeba przeprowadzić solidny program naprawczy w polskim sporcie. Na przygotowania do Olimpiady wydano mniej niż w Pekinie, podobny wynik medalowy powinien skłaniać do tezy że była to dobra decyzja. Gdy dokładnie przyjrzymy się tabeli medalowej dojdziemy do innego wniosku. Ale tak naprawdę nawet zainwestowanie kwoty 2, 3 czy 4 razy większej nie przyniesie pożądanego skutku bez zmiany strategii wydawania funduszy. W chwili obecnej inwestujemy w tych, którzy odnoszą sukcesy. Z pozoru wszystko w porządku, gorzej gdy przyjrzymy się zagadnieniu z bliska. W zasadzie wszystkie opowieści o mistrzach polskiego sportu można streścić według poniższego schematu: mały, niedofinansowany klub sportowy, zapalony do sportu młody człowiek, jego opór, niechęć działaczy sportowych, liczne chwile zwątpienia, pierwsze sukcesy, ignorowanie potrzeb młodego sportowca, wielkie sukcesy, strumień pieniędzy. Można powiedzieć że wykuwamy charaktery, a powinniśmy wykuwać sukcesy.

Należy jak najszybciej wprowadzić zmiany mające na celu skierowanie strumienia pieniędzy do tych małych, niedoinwestowanych ośrodków. Macierzysty klub złotego medalisty w dwuboju dostał dofinansowanie w wysokości 140 tys zł. Stanowczo za mało. Bez odpowiedniego zaplecza nie uda się wykształcić odpowiedniej kadry, zdolnej do odnoszenia licznych sukcesów. W polskich miastach masowo powinny powstawać baseny, hale sportowe, sale gimnastyczne, stadiony lekkoatletyczne. Obiektów podobnych jak ten w Siedlcach wciąż jest za mało. Przynajmniej każdy ośrodek miejski będący siedzibą powiatu podobne obiekty powinien posiadać, najlepiej aby każde miasto (względnie bogatsze gminy wiejskie) było wyposażone w odpowiednie zaplecze, ale biorąc pod uwagę koszta utrzymania jest to propozycja mało realna. Przynajmniej na obecnym poziomie zainteresowania Polaków kulturą fizyczną, w miarę wzrostu zamożności i świadomości społeczeństwa sytuacja (może) będzie ulegać zmianie. Tu należy wspomnieć że minister sportu, Pani Mucha ogłosiła rozpoczęcie prac nad kompleksowym planem zmian w wychowaniu fizycznym, poczynając na szkołach,  na przygotowaniach do Olimpiady kończąc. Zakłada że cale przedsięwzięcie przyniesie skutek za ok. 16 lat. Z tego powodu wysnuwam wniosek, że plan będzie wzorowany na pomysłach Brytyjczyków. W 1996 roku a Atlancie ponieśli oni sromotną porażkę - jeden złoty medal, kilka srebrnych i bazowych - dziś ich wynik medalowy jest imponujący - 29 złotych krążków.

Moim skromnym zdaniem Program Rozwoju Polskiego Sportu (moja autorska nazwa) powinien opierać się na:
  • ogólnej dostępności do obiektów sportowych innych niż piłkarskie (Orliki), 
  • poprawie jakości lekcji WF w szkołach, 
  • stworzeniu podstaw i warunków do sportu akademickiego, 
  • utworzeniu klubów sportowych przy służbach mundurowych.

Z okazji Euro 2012 zbudowano w całym kraju ponad 2300 Orlików, jest to dobra baza do upowszechniania sportu na prowincji. Lecz w tym programie skupiono się głównie na piłce nożnej. Co prawda jest ona dyscypliną olimpijską, ale jedną z wielu. Przydałby się podobny do "Orlika" program budowy stadionów lekkoatletycznych i całego zaplecza. Roboczo można go nazwać "Olimpiki". Sposób finansowania powinien być podobny do jak w przypadku boisk piłkarskich, tj. na inwestycję składały by się w równych częściach miasto/gmina/powiat, województwo i władze centralne. Należałoby również zadbać o zapewnienie profesjonalnej opieki trenerskiej dla młodzieży, pracę mogliby tu znaleźć absolwenci AWF itp, byli sportowcy, którzy mają preferencje do szkolenia młodzieży. Znacznie lepiej przygotowana kadra trenerska powinna znajdować się na innych wyższych szczeblach.

Sama infrastruktura niewiele nam da. Kariera sportowca nie jest atrakcyjna dla młodzieży. Musimy bardzo dokładnie rozważyć, w jaki sposób zachęcić młodych ludzi do większej aktywności na polu sportowym. Osobiście mam tu kilka pomysłów. Można zacząć od brania pod uwagę, już na świadectwach szkolnych, poszczególnych osiągnięć na międzyszkolnych zawodach, wprowadzić ułatwienia dla utalentowanych w wyborze lepszych szkół ponadgimnazjalnych, stypendia za szczególne osiągnięcia, ale takie o konkretnych sumach. Same placówki do zwiększenia nacisku na kulturę fizyczną można zachęcić poprzez przekazywanie dodatkowych środków finansowych dla szkół odnoszących sukcesy. W ten sposób większe pieniądze będziemy przekazywać tam gdzie są możliwości rozwoju. To rozwiązuje sprawę na poziomie edukacji powszechnej, pochylmy się nad okresem studiów. Tu o sporcie całkiem zapomniano. Powinno się zacząć od wprowadzenia obowiązku organizowania zajęć sportowych przesz wszystkie uczelnie wyższe, zarówno państwowe jak i prywatne. Te które nie spełniły by wymagań zostałyby zdeklasowane do szkół policealnych. W zasadzie można tu skopiować proponowane przeze mnie pomysły dotyczące szkół powszechnych (ułatwienie przy wyborze uczelni, większe pieniądze dla uniwerków odnoszących sukcesy sportowe, stypendia dla wybitnych). Przy uniwersytetach powinny działać kluby sportowe i znaczeniu ogólnopolskim, to do nich powinni trafiać ci najzdolniejsi (pod warunkiem ze chcieliby kontynuować naukę) i z ich szeregów powinniśmy wyłaniać przyszłych olimpijczyków.

Uzupełnieniem systemu uniwersyteckich i lokalnych klubów sportowych byłoby utworzenie ich odpowiedników służbach mundurowych. Młody człowiek z osiągnięciami sportowymi po wstąpieniu do formacji miałby szanse nie tylko na rozwój sprawności sportowej (i osiągniecie dobrych wyników na arenie międzynarodowej) ale miałby, przede wszystkim, zapewnioną - po zakończeniu kariery - pracę w wojsku, policji, itp. Byłaby to alternatywa dla zdolnych sportowców chcących rozwijać i kontynuować swą karierę, ale nie zainteresowanych nauką w szkołach wyższych, czy nie widzących dla siebie przyszłości w samorządowych KS.

Problemem pozostaje zapewnienie godnego bytu codziennego sportowców. Zarabiać można na kontraktach sponsorskich, ale to dopiero po odniesieniu licznych sukcesów. Nim to nastąpi trzeba wyłożyć mnóstwo środków własnych. Niejednokrotnie młodzi ludzie i ich najbliżsi nie są w stanie wysupłać odpowiednich kwot. Same ćwiczenia fizyczne niewiele już dają, potrzebni są fizjolodzy, psycholodzy, eksperci od żywienia, w co raz większej liczbie dyscyplin pojawiają się najnowsze zdobycze techniki. Wszystko to kosztuje. A z czego zapewnić codzienny byt rodzinie? Ciężko powiedzieć ile potencjalnych talentów przez to przepadło, ale na pewno wiele. Już po odniesieniu pierwszych sukcesów (poprzez sukces należy rozumieć nie tylko i wyłącznie zdobycie jakiegoś medalu, ale również zajęcie dobrej, niemedalowej lokaty) powinno wkraczać państwo z współfinansowaniem treningów (stopień pomocy powinien być uzależniony od efektów) oraz ze stypendiami na codzienne wydatki. Kwoty powinny być godne,  minimum na poziomie dwa razy większym od pensji minimalnej. Będzie to sporo kosztować, ale są to koszta do udźwignięcia, a przede wszystkim konieczne, jeśli chcemy marzyć o workach pełnych medali.

Wszystkie zaproponowane zmiany są kosztowne, czas wdrożenia długotrwały a możliwe efekty odległe. Lecz nie mamy z czym zwlekać, czas gra na naszą niekorzyść. przegapiliśmy czas gdy poszczególne kraje specjalizowały się w konkretnych dyscyplinach (np. Węgrzy w sportach wodnych). Liczne są głosy żebyśmy my również poszli tą drogą. Moim zdaniem wąska specjalizacja jest nieefektywna. Owszem, na pewne dyscypliny możemy położyć większy nacisk, np. wioślarstwo, kajakarstwo, szermierka i lekkoatletyka, szczególnie rzuty i skoki. Jest to dość szeroki, można powiedzieć że nawet za szeroki wachlarz, ale te dziedziny sportu w moim mniemaniu są dla nas perspektywiczne. Jednocześnie musimy utrzymywać w miarę powszechną i ogólnie dostępną infrastrukturę do uprawiania innych dyscyplin, tak aby móc wyłowić poszczególne talenty.

Dziś wiemy że inwestowanie w sportowców, którzy już odnieśli pewne sukcesy nie jest rozwiązaniem dobrym. Talenty co jakiś czas się zdarzają, ale z podobną mizerią finansową jak obecnie, regionalnym klubom nie uda się wychować następców. Wielu naszych mistrzów, obecnych medalistów zakończy karierę przed kolejnymi Igrzyskami w Rio, dokonuje się zmiana pokoleniowa, następców nie ma. Jest kilka obiecujących postaci, ale to stanowczo za mało. Może wreszcie decydenci pójdą po rozum do głowy i na szumnych zapowiedziach się nie skończy.

Program upowszechnienia kultury fizycznej wśród polaków przyniesie same korzyści. Oprócz tych, na których najbardziej nam zależy, tj. medali, z pewnością przyniesie wzrost kompetencji społecznych, utworzy dodatkowe miejsca pracy związane z aktywnym wypoczynkiem. Poprawi stan zdrowia przeciętnego Polaka, ułatwi walkę z trapiącymi nasze społeczeństwo chorobami cywilizacyjnymi, spowodowanymi małą aktywnością fizyczną. Same korzyści, aż dziw bierze że już wcześniej nikt nie podejmował podobnych prób. Ale cóż, żyjemy w Polsce...

Na pocieszenie tego że w klasyfikacji medalowej zajęliśmy 30 pozycję (razem z Azerbejdżanem) mam swoja własną, lekko zmodyfikowaną tabelę. Polska jest członkiem Unii Europejskiej i z tego powinniśmy być dumni. Oto podium mojej klasyfikacji medalowej:
  1. Unia Europejska 92 złote, 102 srebrne, 109 brązowych medali,
  2. Stany Zjednoczone 46 złotych, 29 srebrnych, 29 brązowych medali,
  3. Wspólnota Niepodległych Państw 42 złote, 40 srebrnych, 64 brązowe medale.
Trochę to naciągane, ale przy odrobinie dobrych chęci może poprawić humor. Dla szczególnie spragnionych widoku medali na szyjach polskich sportowców mam wiadomość ze już niebawem rozpoczną się Igrzyska paraolimpijskie. Tam jesteśmy liczącym się graczem. Szkoda tylko że w mediach tak mało się o tym mówi.

Na zakończenie miałbym pewną uwagę do redakcji Faktów. Klęską nie jest zajęcie 4 miejsca, jak raczyła powiedzieć jedna z waszych dziennikarek, ale uporczywe powtarzanie oczywistego błędu w kilku materiałach z rzędu dotyczących Olimpiady. Chodzi mi konkretnie o próbę wmawiania widzom, że polska reprezentacja w Londynie byłą rekordowa. Bzdura! Do Londynu wysłaliśmy 218 sportowców (ponadto troje było na liście rezerwowej, na pewno dwójka z nich wystartowała), do Pekinu wysłaliśmy 263 sportowców. Liczby mówią same za siebie. Widać stażyści wykorzystywani przez TVN maja problemy z zbieraniem rzetelnych informacji. Szkoda że korekta edytorska tego błędu (kilkakrotnie powtarzanego) nie wyłapała.

środa, 1 sierpnia 2012

Rzut piórem

Osoby osiągające wiek emerytalny mają olbrzymie tendencje do porównywania dnia dzisiejszego do czasów minionych. Nie ma w tym nic złego, pod warunkiem że weźmie się w pod uwagę swych mądrościach to, że świat na przestrzeni ostatnich 20 lat zmienił się bardziej niż na przestrzeni wcześniejszych 70, czy nawet więcej. Niestety nie zawsze na lepsze., ale to już osobna sprawa. Najważniejsze aby w swej krytyce, wytykaniu błędów i głupoty współczesnego człowieka, nasączonego miałką pop kulturą nie popadać w naiwność, a nawet w śmieszność. A o to, przy braku zachowania odpowiedniego dystansu, nie trudno. Tak właśnie zdarzyło się Ludwikowi Stommie 

W jednym z felietonów na ostrze swego pióra wziął olimpiadę i, szerzej ujmując, sport. Krytycznie odniósł się do kosztów i potrzeby budowy nowych, wielkich i drogich aren sportowych. Przy okazji nie po szczędzi uszczypliwości pod adresem budowniczych naszych stadionów na zakończone już Euro2012 .Zadziwia go też stopień zabezpieczenia imprezy (Igrzysk), fakt, Anglicy są na tym polu bardzo skrupulatni, może nawet trochę przesadzają. Ale  patrząc na sprawę z punktu widzenia potencjalnych terrorystów, efekt zastraszenia osiągnięty na skutek udanej akcji byłby olbrzymi. Dlatego lepiej dmuchać na zimne, a stadiony otoczyć szczelnym kordonem bezpieczeństwa. Z pewnością na zmniejszenie ryzyka ataku nie wpłynęłoby, sugerowane przez Pana Ludwika, zrezygnowanie z budowy wielkiej areny sportowej, która pomieści tylno mikroskopijną część widzów (przed TV zasiądzie miliard, może więcej), na rzecz zorganizowania zmagań na łące w pobliżu Londynu. Kilkudziesięciu policjantów nie wystarczy do zabezpieczenia miejsca gdzie znajdują się "oczy świata".

Autor pisze też o zarobkach sportowców. Trzeba przyznać że niektóre sumy są porażające, wręcz nie przyzwoicie wysokie. Ale uczciwie powiedzmy, wszystko na świecie jest warte tyle ile ktoś zechce za to zapłacić. Jeśli znajdują się wśród ludzkiej braci jednostki, chcące płacić kilkadziesiąt milionów euro za rok osobie biegającej za kawałkiem gumy (bo już raczej nie skóry), to już jest to problem płacącego. Każdy dąży do osiągnięcia sukcesu, często mierzonego miarą zarobków/środków zgromadzonych na koncie. Niektóre dyscypliny sportowe wymagają wysokich nakładów, a sportowcy je uprawiający pomimo odnoszonych sukcesów niejednokrotnie "klepią biedę" (dotyczy to głównie sportsmenów i sportsmenek z państw mniejszych, gdzie trudniej o sponsorów).

Można też poddawać w wątpliwość sens uprawiania niektórych dyscyplin, Pan Ludwik wymienia tu rzut młotem i "rzucanie nad głowę wstążki". Sportowcy odbijając piłeczkę mogli by powiedzieć "po co komu pisanie felietonów? By kogoś rozbawić? Od tego są dowcipy." W sumie można by tak kwitować wszystko, co zostało przez człowieka stworzone.

Ci którzy zapoznają się z tekstem, który dziś pozwoliłem sobie wziąć na warsztat, zapytają "ale o czym to? Po co we wstępie napisano o porównywaniu dziś z wczoraj?" Napisałem tak, bo mam dosyć - w takiej samej mierze jak Pan Stomma "obiektywnych praw wolnego rynku" - gadania że coś nam się nie podoba, ale i tak to uwielbiamy. Autorowi nie podoba się profil współczesnego sportu, ale i tak będzie się nim pasjonował. I po co zaprzątać tym głowę innym?

poniedziałek, 30 lipca 2012

Święte oburzenie

Nie czytam "Newsweeka", nie przepadam za Szymonem Hołownią, nie powinienem się więc interesować tym że odchodzi on z wyżej wymienionego tygodnika. Jednak jest inaczej. Powodem do podjęcia decyzji o odejściu przez naczelnego "propagandystę" Kościoła jest najnowsza okładka "Newsweeka" i artykuł jej dotyczący. Widać pan Hołownia jest zwolennikiem powiedzenia "ciszej nad tą trumną" (jakiś czas temu użył go odwołany minister rolnictwa po ujawnianiu afery z solą wypadową w produktach spożywczych).


Kompozycja "kontrowersyjnej" okładki niczym nie zaskakuje, podobnie jak napis jej towarzyszący. Najwidoczniej 'kontrowersyjne jest samo poruszanie tematu. 
"Kościół toleruje podwójne życie księży"? Na każdy jeden taki przypadek dam dziesięć gdy nie toleruje.
Nawet 100 przykładów nie ma prawa zakrywać jednego złego, jeśli Kościół chce mieć monopol na moralność (rości sobie do niego prawo, całkowicie nie słusznie i zbędnie, żaden monopol nie jest dobry) to musi mieć świadomość że nawet najdrobniejsze potknięcia będą wywindowane do sporych rozmiarów skandali. Temat na pewno zasługuje na poruszenie, na pewno nie są to (potajemne dzieci księży) przypadki masowe, ale też nie odosobnione. Publiczna dyskusja może pomóc w dokonaniu ablucji, w oczyszczeniu się z czarnych owiec i zarzutów o tuszowanie co bardziej pikantnych skandali. Cisza prowokuje do dalszych występków i zwiększa poczucie bezkarności wśród sprawców. 

Panu Hołowni może nie podobać się to że Kościół Katolicki (KK) stał się ostatnio - jak próbuje nam to zasugerować - chłopcem do bicia. Moim zdaniem wciąż za mało się mówi o niewygodnych dla hierarchów sprawach, wciąż zbyt wiele spraw skrywa zasłona milczenia i obawa przed gniewem purpuratów.
Walenie w Kościół fajnie się ostatnio sprzedaje. (...) media zaczynają więc zachowywać się jak dzieci, które na podwórku dorwały prymusa i teraz chcą mu włomotać, bo zawsze ich wkurzał moralizatorskim gadkami.
Kościół moralizować może, moralizować Kościoła nie można? Dziwna logika, godna wiejskiego katola, nie osoby aspirującej do roli nowoczesnego katolickiego"mędrca dla mas". No chyba że masy potrzebują dawnych frazesów i chwytów retorycznych, podanych przez młodziaka w droższym garniturze niż swojscy zausznicy prowincjonalnych proboszczów.

jak można pisać, że Kościół w Polsce terroryzuje polityków, podczas gdy wszystko wskazuje na to, że jest dokładnie odwrotnie?
Niech poda Pan dokładnie co wskazuje że jest odwrotnie? Chyba żyje Pan w jakiejś odrębnej rzeczywistości. Wielokrotnie spotykaliśmy się z ostrymi komentarzami biskupów, ocierającymi się wręcz o szantaż pod adresem polityków. Sprawa in vitro, aborcja, związki partnerskie, religia w szkołach, sprawa finansowania, gdy tylko któryś z polityków wychyli się przed szereg i zaproponuje bardziej śmiały pomysł, idący na kontrę do pomysłów panów w czarnych sukieneczkach, sypią się na jego głowę razy, podnosi się lament o prześladowaniu, wyzywa się od bezbożników, nigdy nie pytając adresata inwektyw o żarliwość wiary, tę ocenia się wyłącznie za pomocą demonstracyjnej religijności. Państwo należy do obywateli, do różnych środowisk, Kościół jest tylko jedną z części składowych państwa i ma takie same prawa jak inni, a właściwie inni powinni mieć takie prawa jak KK.

To już norma w naszym kraju, że o czystość Kościoła najgoręcej dbają ci kompletnie z nim nie związani.
Cała reszta, która jest zawiązana z KK albo nie widzi żadnego problemu, albo udaje że go nie ma. I skoro postronnym nie wolno mieszać się do spraw Kościoła, to Kościołowi nie wolno mieszać się do spraw Państwa i obywateli którzy sobie tego nie życzą. A więc panowie księża (i świeccy) milczcie w sprawach:
  1. In vitro - katolicy nie pozwalają na "zabijanie istnień ludzkich", wszyscy dopuszczający tę metodę nie sa prawdziwymi wyznawcami wiary.
  2. Aborcja - prawdziwa katoliczka nie dopuści do "zabicia" płodu.
  3. Związki homoseksualne - katolicy żyją w koedukacyjnych związkach.
  4. Antykoncepcja - prokreacja przede wszystkim!
  5. I w wielu innych, z założenia niezgodnych z wiarą.
Gdzie zaczyna się dogmat, kończy się rozum, gdzie zaczyna się religia, kończy się rozsądek, gdzie zaczyna się Pan Hołownia, kończy się prawo do krytyki.

czwartek, 26 lipca 2012

Za mali by rosnąć

Od wielu lat dzietność Polek spada, rodzi się nas stanowczo za mało by osiągnąć poziom zastępowalności pokoleń. Z roku na rok będzie nas ubywać. W roku obecnym ludność Polski wynosi 37,794,358, prognoza na rok 2030 to 35,692,989, czyli o ponad 2 mln mniej! Mniejsza liczba młodych w wieku produkcyjnym będzie musiała utrzymać większą liczbę osób w wieku po produkcyjnym. Dziś zdolnych do pracy (wiek 20 - 65 lat) jest ok 20 mln osób, osoby po 65 roku życia to ok 5,5 mln, ale miejmy na uwadze że liczba emerytów jest znacznie większa, wszytko z powodu patologicznego systemu przechodzenia na emeryturę po przekroczeniu wieku 50 lat. W 2030 roku osób wieku produkcyjnym będzie ok 21 mln (z czego ponad 7 mln po 50 roku życia), 65 lat przekroczy ok 8,5 mln, czyli ponad 3 mln więcej niż obecnie! Jak to możliwe? Więcej emerytów i to pomimo spadku ogólnej liczby ludności? Lepsza służba zdrowia (pomimo wszelkich narzekań notujemy w niej spore postępy) ale również zdrowszy, aktywniejszy i bardziej rozsądny tryb życia spowoduje że będziemy żyć dłużej. Różnicę w bilansie pokryją najmłodsi, ci przed 20 rokiem życia, ich liczba spadnie. Dla ciekawskich:
Prognoza ludności na lata 2003 - 2030 (wszystkie dane demograficzne przytoczone za tym źródłem)

Ta mała zabawa z wyliczaniem to taki wstęp do tego co chciałbym omówić, mianowicie wyludniania niektórych rejonów kraju. Młodzi migrują za granicę, ale głównie przemieszczają się po kraju, napływają do wielkich ośrodków miejskich. Natomiast prowincja starzeje się i wyludnia. Proces jest nie do zatrzymania. Najnowszy Powszechny Spis Ludności ujawnił że w województwie Opolskim liczba mieszkańców zmniejszyła się o 7%! To największy spadek w Kraju. Środkiem zaradczym ma być Specjalna Strefa Demograficzna. Na razie to projekt, ale nie bardzo wierzę w jego sens i skuteczność. Zmniejszająca się liczba mieszkańców to dla gmin, powiatów i województw dramat w postaci kurczących się dochodów. Już w chwili obecnej najmniejsze gminy mają problemy z przeprowadzeniem wielkich inwestycji (wodociągi, kanalizacja, budowa nowych dróg), a co dopiero wydarzy się w nadchodzących latach? Istna zapaść inwestycyjno-rozwojowa wielu obszarów Polski. Tam czas się zatrzyma, a może nawet i cofnie. Bez dobrej infrastruktury nie uda się przyciągnąć inwestorów którzy stworzą miejsca pracy, bez miejsc pracy młodzi wyjada do wielkich miast. Prowincja zbiednieje, zestarzeje się i w ostateczności wymrze.

Obecnie mamy w Polce 16 województw, 379 powiatów i 2478 gmin. W trakcie prac nad podziałem administracyjnym kraju w 1998 roku najczęściej mówiono o 12 dużych województwach, na finiszu prac dodano 4 kolejne, niestety nie udało mi się znaleźć dokładnych danych odnośnie powiatów i gmin, ale na pewno liczbę tych pierwszych również rozmnożono pod naciskiem lokalnych lobby. Gdyby wtedy nie ugięto się tym żądaniom dziś sytuacja niektórych samorządów mogłaby być znacznie korzystniejsza. Pora więc aby przyjrzeć się sensowności utrzymywania tak rozbudowanej (rozdrobnionej) struktury podziału państwa. Likwidacja (połączenie w większe) części województw, powiatów i gmin to zwiększenie potencjału rozwojowego i inwestycyjnego najsłabiej zaludnionych terenów. Przyniesie to również oszczędności w administracji, nie potrzeba będzie aż tylu stanowisk kierowniczych, spora część terenowych oddziałów agencji centralnych będzie mogła iść do likwidacji. Podobnie jak niektóre urzędy lokalne. 

Pojawia się pytanie: czy nie spowoduje to ograniczeń i trudności w korzystaniu usług i docieraniu do urzędów przez szarych obywateli? Nie, o ile rozwój cyfrowej administracji ruszy z kopyta. Od lat kończy się na zapewnianiach, a pojedyncze sukcesy (elektroniczne składanie deklaracji podatkowych) to za mało aby poprawić dostęp do urzędów. Tu pojawia się kolejny problem, co z osobami "wykluczonymi cyfrowo"? Ludzie starsi często nie potrafią posługiwać się komputerem i internetem. W celu rozwiązania tego problemu można by wykorzystać rozległą (jeśli mnie pamięć nie myli to ponad 8 tys) sieć palcówek Poczty Polskiej. Wystarczyłoby wynegocjować i podpisać z nią odpowiednią umowę na podstawie której utworzono by w placówkach pocztowych specjalne okienka w których każdy mógłby, z pomocą odpowiednio przeszkolonego pracownika załatwić wszystkie możliwe do dokonania na odległość formalności. Państwo płaciłoby za taką usługę, mieszkańcy mający daleko do ośrodków administracyjnych mogliby załatwiać bieżące, codzienne sprawy blisko domu, a Poczta Polska mogłaby utrzymać nierentowne placówki pocztowe.

Teraz pozostaje znaleźć poparcie na szczytach władzy do podobnego planu. Nie będzie to łatwe, likwidacja urzędów to zmniejszenie puli stanowisk do obsadzenia, degradacja mniejszych miast, a co za tym idzie, również społeczności. Opór lokalnych środowisk będzie mocny, ale wolę do zmian trzeba znaleźć. W przeciwnym wypadku polska prowincja zamieni się w skansen i siedlisko biedy, rozpaczy i roszczeniowości. A ona rodzi radykalizm i ślepą wiarę w fałszywych proroków.

czwartek, 19 lipca 2012

Trupy na budowie

Wielki program infrastrukturalny polegający na budowie sieci autostrad i dróg ekspresowych miał przynieść Polsce skok cywilizacyjny, a  firmom budowlanym wielkie zyski. Jego ogłoszenie zbiegło się w czasie z międzynarodowym kryzysem gospodarczym, wielkie programy budowlane pomogły uratować nasz kraj przed groźbą recesji, miały też uratować firmy przed upadkiem. Stało się inaczej. Dominującym, w zasadzie wyłącznym kryterium decydującym o przyznaniu kontraktu było kryterium ceny. Im niższa, tym lepiej, koncerny budowlane przy jej wyliczaniu nie brały pod uwagę możliwości wzrostu cen materiałów budowlanych, a te po zniżce w początkowej fazie kryzysu w ostatnim czasie mocno poszybowały w górę. Zakładano że nawet strata przy kontrakcie budowlanym będzie mniejszym złem niż zastój, ponowne odtworzenie mocy przerobowych byłoby kosztowne, a wiadomo że z czasem sytuacja gospodarcza się poprawi i wróci bum budowlany, a wtedy będą zarabiać ci, którym udało się przetrwać na państwowych kontraktach. Wszystko to wzięło w łeb, budowlańcom nie udało się utrzymać płynności finansowej, państwowy inwestor - inaczej niż robi się w innych europejskich państwach - pełną odpowiedzialnością za wzrost cen obarczył wykonawców. Żądając jednocześnie jak najwyższej jakości i strasząc terminami, bo jak wiadomo wszystko budowaliśmy na Euro.

Twierdzenie że za wszystkie ogłoszone bankructwa - również za te co dopiero będą miały miejsce - winne jest państwo byłoby jawną niesprawiedliwością i płytkością osądu. Pierwszy wielki bankrut - DSS nie miał doświadczenia w budowie dróg, kolejny - PGB przeliczył się w zakupach, za ok. 0,5 mld kupił Rafako, firmę specjalizującą się w budowie bloków energetycznych w elektrowniach. Problemy pojawiły się też w Polimex-Mostostal. Wszystkie upadające wielkie firmy pociągają za sobą na dno podwykonawców, wkrótce bez pracy mogą się znaleźć dziesiątki tysięcy osób. Ratunkiem dla mniejszych kooperantów ma być obiecana przez ministra Sławomira Nowaka ustawa, pozwalająca zapłacić podwykonawcom za wykonane roboty z pominięciem konsorcjum będącym głównym wykonawcą. Wielu ekspertów uważa ze to może nie wystarczyć. Szansą dla bankrutów miałaby być publiczna pomoc w postaci częściowej nacjonalizacji, lub wykupienia przez państwo niektórych spółek zależnych. Jednak aby udzielić pomocy publicznej dla prywatnej firmy wymagana jest zgoda UOKiK oraz Brukseli, na którą trzeba czekać miesiącami. A pomoc potrzebna jest już teraz.

Na rozbudowę infrastruktury transportowej dostaliśmy 22,1 mld euro. Olbrzymią górę pieniędzy musieliśmy wydać jak najszybciej, urzędnicy nie mieli doświadczenia w zarządzaniu takimi kwotami, piętrzyły się problemy. Mimo to Polska stała się placem budowy, oraz cmentarzem firm budowlanych, które schodzą o własnych siłach, bądź też są wyrzucane z rozgrzebanych inwestycji. Kto je dokończy, skoro niemal wszyscy tracą na państwowych kontaktach? Szacunkowa  wartość strat sektora budowlanego to 6 mld zł. Kwota spora. Zagraniczni wykonawcy, posiadający większą pulę własnych środków finansowych, jak również bardziej opłacalne kontrakty w innych państwach mogą latami czekać na sądowe rozstrzygnięcia w sporach o waloryzację cen wykonanych robót. Dzieje się tak ponieważ GDDKiA, jak już wcześniej wspomniałem, jest całkiem głucha na wołania z placów budów o urealnienie cen i renegocjacje kontraktów. W przypadku przegranej przed sądem państwowy inwestor będzie musiał zapłacić należność wraz z odsetkami, spowoduje to wstrzymanie innych planowanych obecne a przewidzianych do realizację na najbliższe lata projektów. Jak zawsze zapłacimy my wszyscy. A to nie wszystko. 

W czarnym scenariuszu ( moja prywatna symulacja, poparta pojedynczymi już udowodnionymi przypadkami) firmy próbując uchronić się przed stratami obniżały jakość końcowego produktu, co prawda kontrakty przewidują gwarancję, ale czy na upadłej firmie można ją wyegzekwować? Raczej nie, więc za naprawy zapłacimy my. Idziemy dalej. Każda firma budowlana na realizację kontraktu potrzebuje kredytów, szacuje się że łącznie wynoszą one 24 mld zł. W przypadku rozprzestrzeniania się skali bankructw możliwe ze nawet co trzecią złotówkę trzeba będzie spisać na straty. Nie zabije to naszych banków, ale spowoduje spore straty, które będą musiały sobie w jakiś sposób odbić, najłatwiej na klientach. Może być jeszcze trudniej o kredyty (problem będzie dotyczył przedsiębiorców). Straty mogą ponieść również fundusze inwestycyjne, które skusiły się na akcje firm budowlanych. Już teraz giełdowe wyceny spółek spadły o kilkadziesiąt procent, w niektórych przypadkach nawet o ponad 70%! Cały ten ciąg może spowodować znaczne obniżenie koniunktury w Polskiej gospodarce, a nawet spowodować zapaść. Możliwe że prawdziwy kryzys dopiero przed nami.

Nasuwa się pytanie, dlaczego rząd dopuścił do takiej sytuacji? Politycy lubią przecinać wstęgi, chcieli pokazać że potrafią dopiąć swego (ekspresowe tempo budów w związku z Euro), że dbają o publiczne środki (brak waloryzacji cen kontraktów). Bali się tez krytyki ze strony opozycji. Odstąpienie od wyłączności  kryterium ceny i zastąpienia go doświadczeniem w podobnych projektach oraz zdolnościami kredytowymi spotkało by się z głosami o niegospodarne dysponowanie publicznymi pieniędzmi. Być może takie podejście mogło by uchronić nas przed obecną falą bankructw, potrzebą pośpiesznego wymyślania programów ratunkowych i problemem z niedokończonymi inwestycjami. 

W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę na infantylność obecnej opozycji, najpierw krytykowała władze za zbyt wysoką wycenę inwestycji, by następnie płynnie i nie zauważalnie dla szarego wyborcy przejść do krytyki za zbyt niskie ceny. Trąci to hipokryzją i dziecinadą, niestety konstruktywna krytyka to pojęcia obce polskiej prawicy.

Program wielkich inwestycji w infrastrukturę drogowo-transportowa dobiega końca. Z następnego budżetu unijnego będzie finansowany inny - program energetyczny. Ciekawe tylko czy będzie komu budować nowe elektrownie i czy publiczny inwestor wyciągnie wnioski z obecnych problemów branży budowlanej i wprowadzi zmiany w procedurach przetargowych i przy wykonywaniu zamówionych prac.

wtorek, 17 lipca 2012

Nierówna równość

Media publiczne w założeniu mają nieść misję, władze TVP mają problem z odpowiednią definicją owej misji. Według mnie jednym z jej aspektów powinno być zasypywanie różnic w traktowaniu kobiet w sferze publicznej. Dnia 7 lipca natrafiłem na serwis sportowy w TVP1, jeden z materiałów poświęcono biegom (jeśli mnie pamięć nie myli był to triatlon - więc nie tylko biegom). Od dawna wszystkie dyscypliny sportowe mają swoje edycje dla mężczyzn i dla kobiet. W przypadku tego materiału podano imię, nazwisko i uzyskany czas zwycięzcy (mężczyzny) oraz personalia zawodnika który na mecie znalazł się jako drugi. Kobietom poświęcono tyle czasu ile zajmuje wypowiedzenie imienia i nazwiska zwyciężczyni, o reszcie nawet nie wspomniano. Czyżby te informacje nie były godne uwagi? Z wielką chęcią poznałbym czas jaki uzyskała ta pani (z tego miejsca chciałbym pogratulować wygranej - wszystkim), chciałbym też dowiedzieć się kto przybiegł jako drugi. Czy to aż tak dużo? Z pewnością takie nierówne podejście nie jest nowe. Jestem w zasadzie pewien że nikt z kierownictwa telewizji nie widzi problemu w nierównym traktowaniu sportu kobiet i mężczyzn, a przecież i jedni i drudzy wkładają w swoje osiągnięcia jednakową pasję i wysiłek. Pora na mentalną zmianę wśród wydawców informacji sportowych. Myślę że gdyby kogoś przykładnie ukarać (karanie dla przykładu nie jest dobrą metodą edukacyjną, ale co począć?), w przyszłości nie powielono by tego błędu. Niestety łatwiej ukarać za pokazywanie zwolenników Rydzyka jako sektę, niż za poniżający stosunek do kobiet.

Problem pomijania sukcesów sportowych dotyczy nie tylko kobiet ale również paraolimpijczyków, czy szerzej mówiąc całego sportu osób niepełnosprawnych. Po za jednostkowymi przypadkami właściwie nikt o tych sukcesach nie informuje. A mam sporo powodów do dumy. Z Igrzysk paraolimpijskich w Pekinie nasza reprezentacja przywiozła 30 medali, więcej niż pełnosprawni sportowcy z Pekinu i Aten. Dal zainteresowanych dwa na szybko wyszukane linki KLIK, KLIK.

Kontynuując temat kobiet i sportu chciałbym zwrócić uwagę na pominięty szczegół w aferze  ze strojami amerykańskiej reprezentacji na Igrzyska w Londynie. Wszyscy skupili się na tym że zostały one uszyte w Chinach a nie w USA. Ja pragnąłbym zauważyć że stroje te są prezentowane przez trzech mężczyzn i jedną kobietę. W dodatku znajduje się ona na uboczu, w zasadzie na końcu, i względem innych postaci jest ustawiona niżej. Być może czepiam się szczegółów, ale czy nie powinien obowiązywać tu parytet? Kobiety z Stanach są mniej ważne? Przykro patrzeć na samczy pęd ku powszechnemu uznaniu przy jednoczesnym pomijaniu i marginalizowaniu kobiet, które nie ustępują w wysiłkach aby przynosić sportowe sukcesy swym kibicom.