piątek, 20 września 2013

Krytyka wewnętrzna

Znów ideały sięgnęły bruku. Podziwiana i chwalona przeze mnie Krytyka Polityczna, odsłoniła swą prawdziwą gębę. Jeden z jej najlepszych felietonistów - Tomasz Piątek, został pomówiony o "donosicielstwo" przez nieskalane kłamstwem usta Wildsteina, na co redakcja "Dziennika Opinii" (redagowanego przez KP) odpowiedziała zakończeniem współpracy z Piątkiem. Co było dokładnym powodem takiej decyzji? Ano, Piątek postanowił dokonać normalnej - w normalnych krajach, oczywiście - akcji konsumenckiego oporu, mianowicie rozesłał do firm reklamujących się w tygodniku "Do Rzeczy" (pieszczotliwie nazywanym "Od Rzeczy") mail z pytaniem czy są świadome prowadzonej przez tygodnik obrzydliwej kampanii, popierającej faszystowskie prawo wprowadzone przez Putina. Celem tej akcji miałoby zmuszenie tych firm do zaprzestania wykupywanie reklam w tym tytule.

Muszę przyznać że wiele razy nie zgadzałam się z argumentami i tezami zawartymi w tekstach Tomasza Piątka, przykładem może być choćby nie tak dawny tekst dotyczący GMO. Kontrowersje, które wzbudził zmusiły redakcję KP do oficjalnych przeprosin. Ale wiele jego innych tekstów doskonale wpisywało się w sedno poruszanych problemów. Język - często dosadny - stanowił jeden z najlepszych oręży jakim KP dysponowała w dyskursie ze swoimi adwersarzami. Jeśli chce się zmieniać kraj, rzeczywistość, trzeba do ludzi mówić językiem zrozumiałym dla większości. Niestety, liczba osób mieszkających w Polsce, będacych w stanie zrozumieć, np. niektóre intelektualne wywody innego felietonisty - Cezarego Michalskiego - jest niewielka, i absolutnie nie wystarczająca do dokonania zmian za pomocą mechanizmów demokratycznych, a więc wolą większości. Tak mimochodem wspomnę, że "druga strona" nie ma żadnych skrupułów i nieustannie wylewa hektolitry pomyj na wszystkich, śmiących mieć choć odrobinę inne zdanie. W najmniejszym stopniu nie przejmując się przeprosinami.

A właśnie przeprosiny stały się wymówką, uzasadniającą wyrzucenie felietonisty z "Dziennika Opinii". Wielka szkoda, że "idealiści" z KP, porzucili przyjaciela na pastwę losu, obawiając się podobnej akcji ze strony prawicy - pozwolę sobie zacytować fragment maila, jaki Tomasz Piątek otrzymał po wyrzuceniu go ze stanowiska:
Przez to, co zrobiłeś każdy prawicowiec mógłby zacząć pisać listy
do każdego naszego grantodawcy zniechęcające go do finansowania nas i czuć się w tym usprawiedliwiony. Wystarczy, że młody Wildstein swoje zarzuty, że jesteśmy antysemitami (stawiał takie), zamiast na blogu napisze w liście do szefów jednej z kilku niemieckich fundacji, które przyznają nam środki na różne działania. Szczególnie za granicą nikt nie musi wiedzieć, czy nas okradziono czy myśmy ukradli, i gdyby kilku znaczących ludzi z Polski, np. były szef telewizji publicznej Wildstein i były szef najdłużej ukazującego się dziennika w Polsce Lisicki i były minister kultury Ujazdowski takie listy podpisywali, to mogą nam bardzo zaszkodzić.

Swoja drogą, bardzo zastanawia mnie poziom "niemieckich granatodawców", którzy mieliby dać wiarę wyssanym z palca oszczerstwom, podpisanym nawet przez - na pozór - wiarygodne osoby, bez dokładnego sprawdzenia, czy stawiane zarzuty są prawdziwe.

Po raz kolejny okazało się, że dla kawiorowej lewicy, krytykującej pogoń za pieniądzem oraz wypaczenia brutalnego kapitalizmu, znacznie ważniejsza jest kasa, niż cierpienia młodych ludzi.

Droga Krytyko Polityczna, wielki, na prawdę wielki minus.

Dla zainteresowanych link do relacji Piątka, oraz wpis Adama Ostrolskiego.

środa, 12 września 2012

Zaproszenie na ekshumację

Wczoraj wieczorem odbyła się debata i głosowanie nad wnioskiem SLD o likwidację Instytutu Pamięci Narodowej. Pomysł radykalny, od dawna wnoszony przez posłów tej partii. Z całą pewnością IPN wymaga zmian organizacyjnych, przede wszystkim likwidacji pionu śledczego. Jego działalność w ostatnich latach nie przynosi żadnych efektów, natomiast pociąga za sobą olbrzymie koszty. Przykładem niech będzie całkowicie niepotrzebna, bo nie wnosząca nic nowego, ekshumacja ciała gen. Sikorskiego. Jej koszt, łącznie z badaniami przyczyny śmierci mógł wynieść ok 500 tys zł. Uważam że taką kwotę można było spożytkować znacznie lepiej, choćby na edukację młodzieży szkolnej z zagadnień działalności podziemia niepodległościowego w PRL. Swoja drogą zastanawia mnie dlaczego o tym ruchu mówi się "niepodległościowy"? Przecież Polska w tym czasie była niepodległa, nie miała suwerenności, a to dwa zupełnie różne stany rzeczy. Nie wiem skąd bierze się to uogólnienie. Może stąd, by postawić znak równości pomiędzy podziemiem antykomunistycznym a ruchem oporu z czasów II Wojny Światowej? Wróć...

Zabawy z grzebaniem z grobach to element co raz bardziej kojarzony z prawicą spod znaku PiS. Nie od dziś wiadomo że IPN powoli staje się prywatnym folwarkiem tej partii, jego zasoby są pokusą do szukania "haków" nie przeciwników politycznych. Instytut "bawił się" (może trochę za ostre sformułowanie) ciałem gen. Sikorskiego, natomiast PiS bawi się ciałami Gosiewskiego, Wassermanna, Walentynowicz, ma zakusy do grzebania w innych grobach, wszystko to składa się na makabryczną "wojnę trumnami". Prawo i Sprawiedliwość do perfekcji opanowało cyniczne posługiwanie się ludzką krzywdą, nieszczęściem, całe środowisko opozycji smoleńskiej lubuje się w funeralnym teatrze. Ekshumacje nie wnoszą nic zaskakująco nowego do wiedzy o katastrofie prezydenckiego samolotu. Ciężko mi nawet rozstrzygnąć czy są one uporczywym staraniem udowodnienia fałszywej tezy o zamachu, czy też małostkową, cyniczną grą pozorów, której adresatem jest lud smoleński i rzesza wahających się nieprzekonanych do abstrakcyjnej wizji wybuchów, czy też innego scenariusza zamachu.

Cały spektakl z denatami jako rekwizytami i cmentarną scenografią ociera się już o absurd. Ludzie posunęli się już do tego stopnia że padają słowa "zapraszamy na ekshumację"! Tak, padły takie słowa, wyłapałem je w materiale Faktów TVN Każdy swoje, przytoczony cytat pada w 3:09 materiału, kierowany jest do Marty Kaczyńskiej, córki nieżyjącej pary prezydenckiej. Oczywiście są to słowa wyrwane z kontekstu, co nie zmienia faktu że ekshumacja absolutnie nie jest czynnością na którą zaprasza się osoby nie biorące w niej bezpośredniego udziału. Wyjmowanie pochowanych zwłok z grobu nie jest czynnością wymagającą widowni, nie dobrze że kultura ludzi zmierza do tak niskiego punktu, jakim jest robienie "atrakcji" z ekshumowania. Co będzie następne? Festyn z okazji wyjęcia zwłok z grobu? Aż obrzydzenie bierze jak się o tym pomyśli...

Osoby publiczne powinny mieć na uwadze że nie przystoi im żonglować trumnami, jak również pokazywać się w świetne kamer z czaszkami ofiar represji komunistycznych (uszczypliwość pod adresem Prezydenta Komorowskiego).


Odchodząc o tematu, chciałbym gorąco podziękować, a jeszcze goręcej pogratulować wszystkim uczestnikom i medalistom polskiej reprezentacji na Letnich Igrzyskach Paraolimpijskich w Londynie. Możemy być z Was dumni. Gdyby tylko jeszcze TVP pozwoliła nam ekscytować się tymi sukcesami na żywo... na przekór słowom Premiera.

środa, 5 września 2012

Zatrute jabłko braku wizji w wizji

W ubiegłą niedzielę w siedzibie PiS odbył się kabaretowy spektakl pt "O takim jednym, co chciał być premierem", w roli głównej Jarosław Kaczyński (przez niektórych zwany Kłamczyńskim). Całość opowiada o pomysłach jakie przyszły do głowy głównemu bohaterowi po porannym przebudzeniu. A tak na poważnie to J.K. doszedł do wniosku że nie ma najmniejszych szans na ponowne zajęcie fotela szefa rządu, wygłosił więc tzw expose. Miał w nim przedstawić wizję rozwoju gospodarczego Polski i recepty na poprawienie stopy życia przeciętnego obywatela naszego kraju. Z szumnych zapowiedzi narodziła się rachityczna wizja, całkowicie oderwana od rzeczywistości. Zamiast ewolucji proponuje się nam rewolucję. Zamiast zmieniać chce burzyć, zamiast przebudowywać chce rozbierać.  Widać "Jarosław-Polskę-zbaw" wszedł tak głęboko w odmęty smoleńskiej mgły że nie jest w stanie z niej wybrnąć.

Jeszcze nim pojawiły się komentarze odnoszące się do konkretnych pomysłów, pojawiły się opinie że sztab PiS próbuje przeprowadzić kolejny manewr pokazujący inną, bardziej łagodną i merytoryczną twarz Prezesa. Fortel ten znamy z kampanii prezydenckiej z 2010 r., po ostatecznej przegranej zrzucono jednak zasłonę i powrócono do dawnej twardej retoryki. Zaczęto także eksploatować temat smoleński, który ostatecznie stał się głównym motywem PiSu i całkowicie przysłonił inne inicjatywy tego ugrupowania. Obecne zwrócenie się ku gospodarce to krótkotrwałe odejście od tematyki katastrofy, Prezes i jego bardziej bojowe otoczenie długo w tym spokoju nie wytrzymają, z całą pewnością jeszcze przed końcem roku powrócą smoleńskie duchy.

Wróćmy jednak do propozycji przedstawionych przez Jarosława Kaczyńskiego. Oprócz obietnic komu ile da lub dołoży - chciało by się rzec: nikt ci tyle nie da, co Prezes obieca - nie ma prawie żadnej wzmianki skąd wziąć na to pieniądze. Samo obłożenie banków i wielkich sieci handlowych podatkiem obrotowym nie pomoże, wyżej wymienieni ciężar nowych danin przerzucą na klientów, więc więcej zapłacimy w hiper i supermarketach oraz za usługi bankowe, choćby prowadzenie konta. Środki zebrane z nowej daniny po przeznaczeniu ich na ulgi i zapomogi dla najbiedniej szych zostaną zjedzone prze podwyżki cen towarów i usług. Koło się zamyka.
"Mamy bardzo złe perspektywy jeżeli chodzi o emerytury, mamy perspektywy załamania się systemu emerytalnego. Mamy fatalny stan służby zdrowia i oświaty. Zadziwiającą politykę kulturalną. Brak takiej polityki wobec rolnictwa i wsi która spowodowałaby, że te sprawy nie byłyby a ciągle są wyzwaniem dla Polski."
Zgodzę się z każdym przytoczonym wyżej słowem. Jednak pomysły mające zmienić tą diagnozę nie dość że absolutnie niczego nie poprawią, to wręcz pogorszą to co już jest złe. Obniżenie dopiero co podwyższonego wieku emerytalnego i zwolnienie z podatku rent i emerytur poniżej 1000zł spowoduje olbrzymi deficyt w ZUS i w dochodach państwa, skutkiem czego będzie wzrost potrzeb pożyczkowych. Im więcej pożyczymy, tym większe odsetki będziemy musieli zapłacić. W krótkim czasie propozycje Kaczyńskiego doprowadziłyby nas na skraj bankructwa, podzielilibyśmy los Grecji. Monstrualne koszty (dziesiątki miliardów) wprowadzenia zmian i reform wysuwanych przez PiS byłyby dla polskiej gospodarki jak trucizna. Jabłko proponowane przez opozycję aż od niej ocieka. 

Likwidacja gimnazjów i powrót do 8 letniej podstawówki i 4 letniego liceum są tak samo poronione jak ustawowe zagwarantowanie nauczania j.polskiego, historii (słyszał ktoś aby w jakiejś szkole z tego zrezygnowano?) i religii (!). Polska szkoła nie potrzebuje powrotu do czasów sprzed 1989. Podział na trzy szczeble powszechnej edukacji jest bardzo dobry z założenia, wystarczy tylko poprawić jego funkcjonalność. Szkoła Podstawowa powinna kłaść nacisk na zachęcanie dzieci do nauki, dobrym sposobem na to jest odejście od wskazywania błędów, nauczyciele powinni skupić uwagę dzieci na tym co im się udaje, i poprzez to  wskazywać sposoby na poprawienie błędów. Gimnazja z kolei mają spełniać kluczową rolę w kwestii kształtowania dalszej ścieżki edukacji młodego człowieka. To w nich, przy pomocy nauczycieli, pedagogów, psychologów i doradców zawodowych (tak, tak, już na tym etapie) nastolatkowie powinni podejmować decyzję o wybraniu liceum, technikum lub zawodówki. Celem jest kierowanie jak najmniejszej liczby uczniów do niewiele dających ogólniaków.

Cały plan, będący w założeniu sztabowców PiS remedium, pełen jest rozwiązań, które na krótką i dłuższą matę spowodowałyby tylko zaostrzenie problemów trapiących dziś Polskę. Brak w nim szczegółowych wyliczeń, wszystko to hasła nie poparte argumentami. Dla przykładu pomysł połączenia ustaw o PIT i CIT w jeden akt prawny. Pachnie to trochę podatkiem liniowym, obecnie daniny te mają różne progi procentowe. Pozostawienie ich w takim kształcie jak dotychczas mogłoby jeszcze bardziej skomplikować system podatkowy.

Pośród wielu propozycji i zabrakło mi jednego, pomysłu na kompleksowe rozwiązania dla osób starszych. Ten problem jest przez wszystkich niedoceniany i pomijany, a stanowi bodaj że największe wyzwanie dla Polski. W zasadzie każda partia ma jakieś pomysły na politykę prorodzinną, uważając zwiększenie dzietności za najlepszy i jedyny sposób na rozwiązanie problemów demograficznych. Wszystkie te inicjatywy są z góry skazane na porażkę. Z jednego oczywistego powodu, mamy za mało potencjalnych matek. Programy prorodzinne są drogie, a efekty (nie zawsze pewne) widoczne po wielu latach. Podejmowanie takich działań miało sens, ale co najmniej 10-15 lat temu, od dawna znane były prognozy o niższych wskaźnikach urodzeń. Przespaliśmy najlepszy czas. Dziś powinniśmy się skupić na stworzeniu kompleksowego systemu pomocowego, nastawionego na osoby starsze, począwszy od opieki zdrowotnej (łatwość w dostępie do specjalistów, obowiązkowe badania kontrolne ale osób młodych i w średnim wieku), po wsparcie dla osób starzejących się i zniedołężniałych. Na całość powinny się składać niezależne, ale kompatybilne i wzajemnie się uzupełniające płaszczyzny pomocy społecznej. Przez pierwsze lata działa system potrzebowałby dużych nakładów, jednak w perspektywie wieloletniej przyniesie znacznie większe korzyści niż wydawanie masy pieniędzy na politykę prorodzinną (co nie znaczy że można jej całkiem zaniechać!) i utrzymywanie obecnego systemu.

Dziś zwykle jest tak że do lekarza trafiają pacjenci z rożnymi dolegliwościami jednocześnie. takie przypadki leczy się trudniej, dłużej i drożej, w dodatku szansa na całkowite wyzdrowienie i powrót do sprawności sprzed choroby są małe. Wtedy taka osoba trafia na rentę. Brak sprawności i samodzielności spowodowany chorobą (chorobami) powoduje konieczność stałej opieki, która z powodów finansowych spada na najbliższą rodzinę. Im osoba bardziej zniedołężniała, tym więcej czasu na opiekę nad nią trzeba poświęcić. Aby sprostać tym wyzwaniom opiekunowie (najczęściej kobiety) rezygnują z kariery zawodowej, wypadając tym samym z rynku pracy. Z upływem lat wypalają się, zaczynają chorować i koło się zamyka.

Stąd tak ważne są obowiązkowe badania okresowe, dzięki nim uda się wcześniej wyłapać i wyleczyć choroby, które będą nam - w miarę upływu lat - doskwierać. Im dłużej pozostaniemy w pełnej sprawności fizycznej, tym dłużej będziemy mogli pracować i odkładać na emeryturę, państwo zaoszczędzi na rentach i zasiłkach, nie będzie potrzeba zapewniania opieki wśród członków rodziny nad zniedołężniałymi, przez co mniej osób wypadnie z rynku pracy. Specjalnie utworzone i finansowane przez państwo służby będą dbały o jak najdłuższe zachowanie samodzielności osób starszych np. przez remonty ich mieszkań, dostosowując je do ich sprawności fizycznej. Z pewnością koszt takiego rozwiązania byłby znacznie nizszy niż przewiezienie takiej osoby do Domu Pomocy Społecznej, gdzie miesięczne koszty utrzymanie jednego pensjonariusza nie rzadko przekraczają 4 tys. zł miesięcznie.

Paleta możliwych rozwiązań, jak i liczba potrzeb osób starszych jest duża. Osoby po wieku produkcyjnym i u jego szczytu to najszybciej powiększająca się grupa społeczna w Polsce. W najbliższych latach będzie ona miała znaczący wpływ na naszą gospodarkę i sytuację budżetową Szkoda że jeszcze nikt tego na poważnie nie zauważył, nie pochyli się nad tym problemem i nie przedstawił pomysłów na rozwiązanie tego nie wątpliwie ważkiego problemu. Pozostaje czekać.

sobota, 1 września 2012

Kampania wrześniowa

Posłowie kończą wakacje. Od kilku tygodni od każdej partii sejmowej słychać zapowiedzi o ofensywie przygotowywanej na jesień. Premier ma wygłosić drugie expose, w którym mają się pojawić recepty na walkę z drugą falą kryzysu, przed którą nie uratują nas już środki unijne. Jarosław Kaczyński ma wygłosić mowę programową, przez jego zwolenników nazywaną expose. Cała reszta (SLD, SP, PSL i RP) w ogólnikach opowiadają o mglistych projektach ustaw. Liczy się tylko to aby mieć konferencję prasową, aby być, mówić, ale już nie koniecznie o czymś konkretnym.

Wszystkie zapowiedzi o jesiennym przyśpieszeniu, ciągła karuzela w sejmowej sali prasowej przywodzą mi na myśl kampanię wrześniową, ale nie batalię z 1939 roku, tylko gorączkową bieganinę studentów, którzy nie zaliczyli w terminie sesji. Gdyby partie i politycy mieli rzeczywiste pomysły, realnie projekty gotowe do wdrożenia nie musieliby uwijać się w ukropie przed kamerami i mikrofonami aby ich dostrzeżono. Nie odrabiali lekcji na czas, nie uważali na zajęciach (czytaj: nie zajmowali się na poważnie pełnieniem mandatu posła), więc teraz muszą biegać jak kot z pęcherzem. Ale to tylko pozorne ruchy mające na celu sprawienie u odbiorcy wrażenia, że rzeczywiste prace się toczą, że nasi wybrańcy maja jakąś wizję. Słaby to miraż, bo przerodził się w nieustanny jazgot zapowiedzi działań, zapowiedzi pomysłów, zapowiedzi zapowiedzi, zapowiedzi projektów (strasznie się powtarzam). Gadanie dla gadania, "teraz zawsze gadać będę" (Fredro Damy i Huzary), żadnych konkretów, choć ważne tematy do poważnych debat, nie tylko w Sejmie ale i na forum społecznym, bez problemu by się znalazły. Wymieńmy chociaż kilka: nepotyzm i kolesiostwo, problemy branży budowlanej, walka z drugą falą kryzysu. 

Czwartkowa debata o aferze Amber Gold do tych wyżej wymienionych za pewności nie należy. Nic nowego nie wniosła (bo i niby co miała wnieść?), była absurdalnie długa, nudna, przerodziła się w pyskówkę i litanię wzajemnych, najczęściej fałszywych oskarżeń. Spokojnie moglibyśmy się obyć bez niej, ale tępe głowy opozycji myślały że coś ugrają. Łudzili się na powołanie komisji śledczej. Nie pomyśleli jednak o tym, że w całej sprawie - oprócz łasych na łatwy zysk naiwniaków - zawiniła prokuratura i sądy, a Sejm nie ma nad nimi żadnej władzy kontrolnej. Sądy mają zagwarantowaną przez Konstytucję niezależność i niezawisłość, prokuratura po rozdzieleniu funkcji Prokuratora Generalnego i Ministra Sprawiedliwości również wypadła z pola ingerencji posłów. Nawet gdyby wniosek o powołanie komisji zostałby przyjęty, to najpewniej zostałby uchylony przez Trybunał Konstytucyjny z powodu swej sprzeczności z ustawą zasadniczą.

Mierne żaki z Wiejskiej kampanię odbębnią, a my poczekamy do następnej jesieni na powtórkę z rozrywki.

PS.
Chwilą ciszy i zadumy warto uczcić pamięć ofiar II Wojny Światowej, której 73 rocznicę wybuchu dziś obchodzimy.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Balonik z helem

Już od dawna wiadomo że klasa polityczna jest znacząco oderwana do realnego świata, ma małe pojęcie o codziennych problemach i sprawunkach zwykłego obywatela. Doskonale obrazuje to gafa byłego prezydenta USA G.W. Busha, który podczas kampanii wyborczej (jeszcze nie był wtedy prezydentem) udał się w blasku fleszy do sklepu po zakupy, wybrał wyłącznie amerykańskie produkty, gdy podszedł do kasy kasjerka zaczęła skanować kody kreskowe, ze zdziwieniem zapytał "Co Pani robi?". Tak dawno nie był w sklepie że nie wiedział o ich wprowadzeniu. Misterny plan pokazania kandydata na prezydenta jako zwykłego obywatela runął w gruzach.

Podobnej wpadki podczas kampanii wyborczej uniknął Jarosław Kaczyński, niestety nie oznacza to że nie stał się balonikiem z helem unoszącym się ponad głowami szarych ludzi. Trudno powiedzieć czy to na własne życzenie, czy też za namową otoczenia kreuje się na politycznego bonza rodem z krajów trzeciego świata. To właśnie tam na porządku dziennym są politycy opozycyjni otoczeni szpalerem groźnie wyglądających ochroniarzy, ich domy, a raczej pałace, przypominają fortece. Tak właśnie wygląda życie Kaczyńskiego. Czego się boi, że na ochronę wydaje tak duże sumy? Czyżby dopadła go mania prześladowcza? Czyżby uważał się za zaszczutego przez władzę bojownika o wolność? Wątpię, tak mogą sądzić jego wyznawcy, Kaczyński jest strasznym cynikiem, właściwie nie wierzy w większość rzeczy, które plecie na wiecach czy spotkaniach ze swoją sektą. Jest zaślepiony władzą, możne trochę otumaniony szokiem po śmierci brata, z którym był bardzo zżyty, ale to właśnie żądza władzy pcha go ku tym wszystkim anormalnym zachowaniom. Możliwe że cały ten cyrk jest po to, aby "król" ludu smoleńskiego mógł czuć się jak władca. Realne szanse na powrót do władzy są małe, styl polityki PiS i główne jej kierunki są nieatrakcyjna dla umiarkowanego wyborcy. Partia ta zamyka się w ścisłym gronie fanatycznych zwolenników, pozbawia się możliwości ekspansji.

Za tą ekstrawagancję, za miraż władzy płaci partia, a ta utrzymywana jest z kasy państwa. Więc za wszystko płacimy my, podatnicy. Nie widać racjonalnego wytłumaczenia dla tego jawnego marnotrawienia środków publicznych. W założeniu pieniądze przekazywane przez państwo na działalność partii politycznych, mają służyć rozwojowi myśli prawnej, tworzeniu nowego prawa, idei politycznych. Na zachodzie wiele obozów politycznych utrzymuje swoje własne think tanki, w Polsce pieniądze wydaje się na goryli odgrywających teatrzyk przed tłuszczą. A to tyko jeden z aspektów rachityczności obecnego systemu publicznego wsparcia dla partii. Warto wspomnieć że inni również nie są święci.

Wydawanie publicznych pieniędzy nie zgodnie z interesem publicznym (ale zgodnie z prawem), to nie jedyna ciemna sprawa PiSu. Już od wielu lat ciągnie się za tą partią sprawa Fundacji Prasowej Solidarność. Lata temu na tej i innych, nie do końca jasnych sprawach i interesach Porozumienia Centrum, jego członków i spółek zależnych budował swój mit walki z układem  Andrzej Lepper. Ten sam, który zasiadał w rządzie Kaczyńskiego. jak widać władza jest cenniejsza niż słowa o uczciwości i sprawiedliwości. Osobiście nigdy nie wierzyłem w to co mówił Pan Lepper, co nie zmienia faktu że nie dotrzymał własnego słowa.

Jak widać, najgłośniejsze w kraju środowisko domagające się ścigana i ukarania winnych wszystkich przekrętów i aktów bezprawnego, a czasem tylko bezczelnego uwłaszczenia, środowisko Prawa i Sprawiedliwości samo wymaga rozliczenia z nie do końca jasnych z etycznego punktu widzenia decyzji i działań. Nie wszystko podbiega pod paragrafy, nie za wszystko (być może za nic) nie da się skazać. Ale jest coś takiego jak moralność, i ona nie pozwala dopuszczać się tego wszystkiego, czego dopuszczają się "prawi i sprawiedliwi". W ich wydaniu jest to podwójnie oburzające, gdyż domagają się od innych tego, czego sami nie wymagają od siebie. Łatwiej dostrzec drzazgę w oku rywala, niż belkę we własnym.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Sport głupcze!

XXX Letnie Igrzyska Olimpijskie w Londynie za nami, przed nami dyskusja o kondycji polskiego sportu, jego perspektywach na przyszłość i strategii naprawczej. O tej ostatniej mówiono po Igrzyskach w Pekinie, Atenach, nawet po Sydney... jak widać tylko mówiono. Najgorszy wynik medalowy na Olimpiadzie od 1956 roku (w 1988 też zdobyliśmy 2 złote medale, ale oprócz tego 5 srebrnych i 9 brązowych) i zaklęty wynik 10 zdobyczy medalowych to trochę mało jak na możliwości naszego kraju, a już w szczególności za mało jak na nasze apetyty. Lista zawiedzionych nadziei medalowych jest długa, jest też całkiem spora lista pozytywnych zaskoczeń, nie zawsze medalowych, ale takie sukcesy też się liczą.

Jeszcze przed rozpoczęciem największej imprezy sportowej świata na pytanie "ile Polska zdobędzie medali" większość zapytanych (pytano głównie "ekspertów" i znanych z tego że są znani) padała odpowiedź że 12 "bo tylu jest siatkarzy". Jak wiadomo w siatkówce żadnego medalu nie zdobyliśmy. Tak się kończy dzielenie skóry na niedźwiedziu.

Oczywiście z całego serca chciałbym pogratulować zwycięzcom, przegranym i tym którzy pojechali po doświadczenie. Chciałbym podziękować za emocje, wzruszenia wygranej i gorycz porażki. Najbardziej mi żal tych, którzy ze łzami w oczach przepraszali że nie wyszło. Anita Konieczna i Karolina Michalczuk wcale nie muszą tego robić. Wzięły udział, zaserwowały mam porcję niesamowitych emocji. Gdyby sport opierał się na przewidywalności to nikt by się nim nie interesował, a już na pewno nie byłby tak popularny. Szkoda tylko że te Panie nie będą już mogły pokazać na co tak naprawdę je stać.

Aby takich sytuacji było mniej trzeba przeprowadzić solidny program naprawczy w polskim sporcie. Na przygotowania do Olimpiady wydano mniej niż w Pekinie, podobny wynik medalowy powinien skłaniać do tezy że była to dobra decyzja. Gdy dokładnie przyjrzymy się tabeli medalowej dojdziemy do innego wniosku. Ale tak naprawdę nawet zainwestowanie kwoty 2, 3 czy 4 razy większej nie przyniesie pożądanego skutku bez zmiany strategii wydawania funduszy. W chwili obecnej inwestujemy w tych, którzy odnoszą sukcesy. Z pozoru wszystko w porządku, gorzej gdy przyjrzymy się zagadnieniu z bliska. W zasadzie wszystkie opowieści o mistrzach polskiego sportu można streścić według poniższego schematu: mały, niedofinansowany klub sportowy, zapalony do sportu młody człowiek, jego opór, niechęć działaczy sportowych, liczne chwile zwątpienia, pierwsze sukcesy, ignorowanie potrzeb młodego sportowca, wielkie sukcesy, strumień pieniędzy. Można powiedzieć że wykuwamy charaktery, a powinniśmy wykuwać sukcesy.

Należy jak najszybciej wprowadzić zmiany mające na celu skierowanie strumienia pieniędzy do tych małych, niedoinwestowanych ośrodków. Macierzysty klub złotego medalisty w dwuboju dostał dofinansowanie w wysokości 140 tys zł. Stanowczo za mało. Bez odpowiedniego zaplecza nie uda się wykształcić odpowiedniej kadry, zdolnej do odnoszenia licznych sukcesów. W polskich miastach masowo powinny powstawać baseny, hale sportowe, sale gimnastyczne, stadiony lekkoatletyczne. Obiektów podobnych jak ten w Siedlcach wciąż jest za mało. Przynajmniej każdy ośrodek miejski będący siedzibą powiatu podobne obiekty powinien posiadać, najlepiej aby każde miasto (względnie bogatsze gminy wiejskie) było wyposażone w odpowiednie zaplecze, ale biorąc pod uwagę koszta utrzymania jest to propozycja mało realna. Przynajmniej na obecnym poziomie zainteresowania Polaków kulturą fizyczną, w miarę wzrostu zamożności i świadomości społeczeństwa sytuacja (może) będzie ulegać zmianie. Tu należy wspomnieć że minister sportu, Pani Mucha ogłosiła rozpoczęcie prac nad kompleksowym planem zmian w wychowaniu fizycznym, poczynając na szkołach,  na przygotowaniach do Olimpiady kończąc. Zakłada że cale przedsięwzięcie przyniesie skutek za ok. 16 lat. Z tego powodu wysnuwam wniosek, że plan będzie wzorowany na pomysłach Brytyjczyków. W 1996 roku a Atlancie ponieśli oni sromotną porażkę - jeden złoty medal, kilka srebrnych i bazowych - dziś ich wynik medalowy jest imponujący - 29 złotych krążków.

Moim skromnym zdaniem Program Rozwoju Polskiego Sportu (moja autorska nazwa) powinien opierać się na:
  • ogólnej dostępności do obiektów sportowych innych niż piłkarskie (Orliki), 
  • poprawie jakości lekcji WF w szkołach, 
  • stworzeniu podstaw i warunków do sportu akademickiego, 
  • utworzeniu klubów sportowych przy służbach mundurowych.

Z okazji Euro 2012 zbudowano w całym kraju ponad 2300 Orlików, jest to dobra baza do upowszechniania sportu na prowincji. Lecz w tym programie skupiono się głównie na piłce nożnej. Co prawda jest ona dyscypliną olimpijską, ale jedną z wielu. Przydałby się podobny do "Orlika" program budowy stadionów lekkoatletycznych i całego zaplecza. Roboczo można go nazwać "Olimpiki". Sposób finansowania powinien być podobny do jak w przypadku boisk piłkarskich, tj. na inwestycję składały by się w równych częściach miasto/gmina/powiat, województwo i władze centralne. Należałoby również zadbać o zapewnienie profesjonalnej opieki trenerskiej dla młodzieży, pracę mogliby tu znaleźć absolwenci AWF itp, byli sportowcy, którzy mają preferencje do szkolenia młodzieży. Znacznie lepiej przygotowana kadra trenerska powinna znajdować się na innych wyższych szczeblach.

Sama infrastruktura niewiele nam da. Kariera sportowca nie jest atrakcyjna dla młodzieży. Musimy bardzo dokładnie rozważyć, w jaki sposób zachęcić młodych ludzi do większej aktywności na polu sportowym. Osobiście mam tu kilka pomysłów. Można zacząć od brania pod uwagę, już na świadectwach szkolnych, poszczególnych osiągnięć na międzyszkolnych zawodach, wprowadzić ułatwienia dla utalentowanych w wyborze lepszych szkół ponadgimnazjalnych, stypendia za szczególne osiągnięcia, ale takie o konkretnych sumach. Same placówki do zwiększenia nacisku na kulturę fizyczną można zachęcić poprzez przekazywanie dodatkowych środków finansowych dla szkół odnoszących sukcesy. W ten sposób większe pieniądze będziemy przekazywać tam gdzie są możliwości rozwoju. To rozwiązuje sprawę na poziomie edukacji powszechnej, pochylmy się nad okresem studiów. Tu o sporcie całkiem zapomniano. Powinno się zacząć od wprowadzenia obowiązku organizowania zajęć sportowych przesz wszystkie uczelnie wyższe, zarówno państwowe jak i prywatne. Te które nie spełniły by wymagań zostałyby zdeklasowane do szkół policealnych. W zasadzie można tu skopiować proponowane przeze mnie pomysły dotyczące szkół powszechnych (ułatwienie przy wyborze uczelni, większe pieniądze dla uniwerków odnoszących sukcesy sportowe, stypendia dla wybitnych). Przy uniwersytetach powinny działać kluby sportowe i znaczeniu ogólnopolskim, to do nich powinni trafiać ci najzdolniejsi (pod warunkiem ze chcieliby kontynuować naukę) i z ich szeregów powinniśmy wyłaniać przyszłych olimpijczyków.

Uzupełnieniem systemu uniwersyteckich i lokalnych klubów sportowych byłoby utworzenie ich odpowiedników służbach mundurowych. Młody człowiek z osiągnięciami sportowymi po wstąpieniu do formacji miałby szanse nie tylko na rozwój sprawności sportowej (i osiągniecie dobrych wyników na arenie międzynarodowej) ale miałby, przede wszystkim, zapewnioną - po zakończeniu kariery - pracę w wojsku, policji, itp. Byłaby to alternatywa dla zdolnych sportowców chcących rozwijać i kontynuować swą karierę, ale nie zainteresowanych nauką w szkołach wyższych, czy nie widzących dla siebie przyszłości w samorządowych KS.

Problemem pozostaje zapewnienie godnego bytu codziennego sportowców. Zarabiać można na kontraktach sponsorskich, ale to dopiero po odniesieniu licznych sukcesów. Nim to nastąpi trzeba wyłożyć mnóstwo środków własnych. Niejednokrotnie młodzi ludzie i ich najbliżsi nie są w stanie wysupłać odpowiednich kwot. Same ćwiczenia fizyczne niewiele już dają, potrzebni są fizjolodzy, psycholodzy, eksperci od żywienia, w co raz większej liczbie dyscyplin pojawiają się najnowsze zdobycze techniki. Wszystko to kosztuje. A z czego zapewnić codzienny byt rodzinie? Ciężko powiedzieć ile potencjalnych talentów przez to przepadło, ale na pewno wiele. Już po odniesieniu pierwszych sukcesów (poprzez sukces należy rozumieć nie tylko i wyłącznie zdobycie jakiegoś medalu, ale również zajęcie dobrej, niemedalowej lokaty) powinno wkraczać państwo z współfinansowaniem treningów (stopień pomocy powinien być uzależniony od efektów) oraz ze stypendiami na codzienne wydatki. Kwoty powinny być godne,  minimum na poziomie dwa razy większym od pensji minimalnej. Będzie to sporo kosztować, ale są to koszta do udźwignięcia, a przede wszystkim konieczne, jeśli chcemy marzyć o workach pełnych medali.

Wszystkie zaproponowane zmiany są kosztowne, czas wdrożenia długotrwały a możliwe efekty odległe. Lecz nie mamy z czym zwlekać, czas gra na naszą niekorzyść. przegapiliśmy czas gdy poszczególne kraje specjalizowały się w konkretnych dyscyplinach (np. Węgrzy w sportach wodnych). Liczne są głosy żebyśmy my również poszli tą drogą. Moim zdaniem wąska specjalizacja jest nieefektywna. Owszem, na pewne dyscypliny możemy położyć większy nacisk, np. wioślarstwo, kajakarstwo, szermierka i lekkoatletyka, szczególnie rzuty i skoki. Jest to dość szeroki, można powiedzieć że nawet za szeroki wachlarz, ale te dziedziny sportu w moim mniemaniu są dla nas perspektywiczne. Jednocześnie musimy utrzymywać w miarę powszechną i ogólnie dostępną infrastrukturę do uprawiania innych dyscyplin, tak aby móc wyłowić poszczególne talenty.

Dziś wiemy że inwestowanie w sportowców, którzy już odnieśli pewne sukcesy nie jest rozwiązaniem dobrym. Talenty co jakiś czas się zdarzają, ale z podobną mizerią finansową jak obecnie, regionalnym klubom nie uda się wychować następców. Wielu naszych mistrzów, obecnych medalistów zakończy karierę przed kolejnymi Igrzyskami w Rio, dokonuje się zmiana pokoleniowa, następców nie ma. Jest kilka obiecujących postaci, ale to stanowczo za mało. Może wreszcie decydenci pójdą po rozum do głowy i na szumnych zapowiedziach się nie skończy.

Program upowszechnienia kultury fizycznej wśród polaków przyniesie same korzyści. Oprócz tych, na których najbardziej nam zależy, tj. medali, z pewnością przyniesie wzrost kompetencji społecznych, utworzy dodatkowe miejsca pracy związane z aktywnym wypoczynkiem. Poprawi stan zdrowia przeciętnego Polaka, ułatwi walkę z trapiącymi nasze społeczeństwo chorobami cywilizacyjnymi, spowodowanymi małą aktywnością fizyczną. Same korzyści, aż dziw bierze że już wcześniej nikt nie podejmował podobnych prób. Ale cóż, żyjemy w Polsce...

Na pocieszenie tego że w klasyfikacji medalowej zajęliśmy 30 pozycję (razem z Azerbejdżanem) mam swoja własną, lekko zmodyfikowaną tabelę. Polska jest członkiem Unii Europejskiej i z tego powinniśmy być dumni. Oto podium mojej klasyfikacji medalowej:
  1. Unia Europejska 92 złote, 102 srebrne, 109 brązowych medali,
  2. Stany Zjednoczone 46 złotych, 29 srebrnych, 29 brązowych medali,
  3. Wspólnota Niepodległych Państw 42 złote, 40 srebrnych, 64 brązowe medale.
Trochę to naciągane, ale przy odrobinie dobrych chęci może poprawić humor. Dla szczególnie spragnionych widoku medali na szyjach polskich sportowców mam wiadomość ze już niebawem rozpoczną się Igrzyska paraolimpijskie. Tam jesteśmy liczącym się graczem. Szkoda tylko że w mediach tak mało się o tym mówi.

Na zakończenie miałbym pewną uwagę do redakcji Faktów. Klęską nie jest zajęcie 4 miejsca, jak raczyła powiedzieć jedna z waszych dziennikarek, ale uporczywe powtarzanie oczywistego błędu w kilku materiałach z rzędu dotyczących Olimpiady. Chodzi mi konkretnie o próbę wmawiania widzom, że polska reprezentacja w Londynie byłą rekordowa. Bzdura! Do Londynu wysłaliśmy 218 sportowców (ponadto troje było na liście rezerwowej, na pewno dwójka z nich wystartowała), do Pekinu wysłaliśmy 263 sportowców. Liczby mówią same za siebie. Widać stażyści wykorzystywani przez TVN maja problemy z zbieraniem rzetelnych informacji. Szkoda że korekta edytorska tego błędu (kilkakrotnie powtarzanego) nie wyłapała.

środa, 1 sierpnia 2012

Rzut piórem

Osoby osiągające wiek emerytalny mają olbrzymie tendencje do porównywania dnia dzisiejszego do czasów minionych. Nie ma w tym nic złego, pod warunkiem że weźmie się w pod uwagę swych mądrościach to, że świat na przestrzeni ostatnich 20 lat zmienił się bardziej niż na przestrzeni wcześniejszych 70, czy nawet więcej. Niestety nie zawsze na lepsze., ale to już osobna sprawa. Najważniejsze aby w swej krytyce, wytykaniu błędów i głupoty współczesnego człowieka, nasączonego miałką pop kulturą nie popadać w naiwność, a nawet w śmieszność. A o to, przy braku zachowania odpowiedniego dystansu, nie trudno. Tak właśnie zdarzyło się Ludwikowi Stommie 

W jednym z felietonów na ostrze swego pióra wziął olimpiadę i, szerzej ujmując, sport. Krytycznie odniósł się do kosztów i potrzeby budowy nowych, wielkich i drogich aren sportowych. Przy okazji nie po szczędzi uszczypliwości pod adresem budowniczych naszych stadionów na zakończone już Euro2012 .Zadziwia go też stopień zabezpieczenia imprezy (Igrzysk), fakt, Anglicy są na tym polu bardzo skrupulatni, może nawet trochę przesadzają. Ale  patrząc na sprawę z punktu widzenia potencjalnych terrorystów, efekt zastraszenia osiągnięty na skutek udanej akcji byłby olbrzymi. Dlatego lepiej dmuchać na zimne, a stadiony otoczyć szczelnym kordonem bezpieczeństwa. Z pewnością na zmniejszenie ryzyka ataku nie wpłynęłoby, sugerowane przez Pana Ludwika, zrezygnowanie z budowy wielkiej areny sportowej, która pomieści tylno mikroskopijną część widzów (przed TV zasiądzie miliard, może więcej), na rzecz zorganizowania zmagań na łące w pobliżu Londynu. Kilkudziesięciu policjantów nie wystarczy do zabezpieczenia miejsca gdzie znajdują się "oczy świata".

Autor pisze też o zarobkach sportowców. Trzeba przyznać że niektóre sumy są porażające, wręcz nie przyzwoicie wysokie. Ale uczciwie powiedzmy, wszystko na świecie jest warte tyle ile ktoś zechce za to zapłacić. Jeśli znajdują się wśród ludzkiej braci jednostki, chcące płacić kilkadziesiąt milionów euro za rok osobie biegającej za kawałkiem gumy (bo już raczej nie skóry), to już jest to problem płacącego. Każdy dąży do osiągnięcia sukcesu, często mierzonego miarą zarobków/środków zgromadzonych na koncie. Niektóre dyscypliny sportowe wymagają wysokich nakładów, a sportowcy je uprawiający pomimo odnoszonych sukcesów niejednokrotnie "klepią biedę" (dotyczy to głównie sportsmenów i sportsmenek z państw mniejszych, gdzie trudniej o sponsorów).

Można też poddawać w wątpliwość sens uprawiania niektórych dyscyplin, Pan Ludwik wymienia tu rzut młotem i "rzucanie nad głowę wstążki". Sportowcy odbijając piłeczkę mogli by powiedzieć "po co komu pisanie felietonów? By kogoś rozbawić? Od tego są dowcipy." W sumie można by tak kwitować wszystko, co zostało przez człowieka stworzone.

Ci którzy zapoznają się z tekstem, który dziś pozwoliłem sobie wziąć na warsztat, zapytają "ale o czym to? Po co we wstępie napisano o porównywaniu dziś z wczoraj?" Napisałem tak, bo mam dosyć - w takiej samej mierze jak Pan Stomma "obiektywnych praw wolnego rynku" - gadania że coś nam się nie podoba, ale i tak to uwielbiamy. Autorowi nie podoba się profil współczesnego sportu, ale i tak będzie się nim pasjonował. I po co zaprzątać tym głowę innym?