czwartek, 22 marca 2012

Głośni średnio zainteresowani

W ostatnich tygodniach najbardziej rozpalającym dyskusje tematem jest projekt podniesienia wieku emerytalnego. Już wcześniej pisałem że jestem bardzo rad z tego pomysłu, nie ma możliwości zachowania obecnego systemu. Opór społeczny - czego można było się spodziewać -  jest silny, podobnie jak większości opozycji. W tym miejscu trzeba wytknąć hipokryzję SLD, gdy partia ta była u władzy jej rząd przygotował pakiet reform, min. podniesienie wieku emerytalnego, dziś natomiast, pomimo przywództwa tej samej osoby co wtedy (Milera) partia ta stanowczo się sprzeciwia planom rządu.

W ubiegłym tygodniu największa partia opozycyjna zwołała demonstrację przeciw emerytalnym planom PO. Po przejrzeniu licznych zdjęć i materiałów filmowych doszedłem do wniosku że  spora część uczestników demonstrujących przeciw późniejszym emeryturom już od dawna je pobiera! Więc co tam robili? Najbardziej tym tematem powinni być zainteresowani ci, którzy w tej chwili pracują na świadczenia, które będą im wypłacane za kilka, kilkanaście lat. Przecież nikt obecnym emerytom nie chce odbierać już nabytych przez nich praw. Ba! Premier wyraźnie powiedział że jeśli nie nie wprowadzimy rządowych propozycji w życie trzeba będzie już od niemal dnia dzisiejszego obniżyć emerytury o połowę. Kto najprędzej straci na nie przejęciu reformy? Obecni emeryci. Dlaczego więc przeciw niej protestują? Trudne pytanie.

Każdy człowiek, a już zwłaszcza osoba starsza, na każdą próbę, czy też tylko na samą zapowiedź ograniczenia przywilejów reaguje bardzo agresywnie. Domaganie się referendum w tej sprawie jest zwyczajną propozycją wyrzucenia sporej sumy pieniędzy w błoto, jego wynik można z góry przewidzieć.  Lecz już teraz stoimy pod ścianą. Albo zmienimy system emerytalny już teraz i w przyszłości będziemy mieli lżej (choć nie należy wątpić w to że 67 lat to nie jest granica ostateczna), albo przebimbamy jeszcze w miarę spokojny czas, a za lat 10 będziemy ciąć wszystkie świadczenia do żywego i podnosić podatki. Gospodarka się załamie, trafimy pod kroplówkę MFW  i będziemy musieli realizować ich ścisłe wytyczne. Inaczej mówiąc stracimy jedną, dwie dekady rozwoju i już na dziesięciolecie pozostaniemy społeczeństwem znacznie biedniejszym niż społeczeństwa zachodnie, które również podnoszą wiek przechodzenia na emeryturę.

W całej tej demonstracji moje największe rozbawienie wzbudziło hasło "precz z komuną!". Przywilej wczesnego przechodzenia na emeryturę został wprowadzony w latach 80, przyczyną było wchodzenie wyżu demograficznego na rynek pracy, przy jednoczesnym przeroście zatrudnienia we wszystkich sektorach gospodarki. Socjalistyczny model gospodarczy zakładał eliminację bezrobocia, a na stworzenie nowych miejsc pracy nie było pieniędzy. Wysłano więc olbrzymie masy wartościowych pracowników na emerytury. Więc, logicznie rzecz biorąc, hasło "precz z komuną!" powinno być rozumiane jako "podnieście wiek emerytalny!", bo to właśnie obecny system jest pozostałością po komunizmie. Na przyszłość radziłbym ostrożność, aby uniknąć śmieszności pokroju posłów antyklerykalnego Ruchu Palikota zakładających maski fanatycznego katolika.

Na koniec dodam że na pisowskiej demonstracji wspomniano również o katastrofie Tupolewa. Jak widać w pustych głowach brzozy szybko rosną. 

wtorek, 13 marca 2012

INDECT

Podstawowym zadaniem wszystkich rządów jest  zapewnienie obywatelom poczucia bezpieczeństwa oraz sprawiedliwości za wyrządzone im szkody przez jednostki nieprzystosowane do reguł zbiorowego życia. Początkowo do wypełnienia tego zadania wystarczył człowiek stojący na rogu ulicy, najczęściej z pałką w ręku. W miarę postępu technicznego dodawano co raz to nowe metody zwalczania i zapobiegania przestępstwom, aż doszliśmy do niejasnej granicy swobody osobistej.

Rozwój technologi komputerowej pozwala na bardzo efektywne wykorzystanie istniejącego systemu monitoringu. Za pomocą specjalnych algorytmów kamery obserwując otoczenie są w stanie wyodrębnić ludzi i sytuacje, które mogą być wstępem do próby popełnienia przestępstwa lub naruszenia porządku publicznego. Oczywiście proces ma być w pełni zautomatyzowany, człowiek ma stać na samym końcu procesu decyzyjnego. Na podstawie informacji otrzymanych od komputera i obrazu widzianego na monitorze ma podjąć decyzję czy rzeczywiście dochodzi do popełnienia przestępstwa. System ten nazywa się INDECT. Wszystko to ma służyć naszemu wspólnemu bezpieczeństwu, zdjąć z nas poczucie zagrożenia, które często  pojawia się w miejscach mających zła opinię.

Trzeba mieć jednak na uwadze że będziemy pod stałym nadzorem kamer bezustannie nas śledzących i bacznie analizujących nasze ruchy i zachowanie. Czy nie jest to aby  zbytnia ingerencja w  prywatność? Co prawda przebywany na publicznej ulicy, ale chcemy zachować anonimowość, chcemy być widziani tylko   przez przechodniów znajdujących się najbliżej nas, a tu raptem okazuje się że bez  przerwy patrzy na nas maszyna! Wszystko to w imię naszego wspólnego bezpieczeństwa. Naszą ostatnią ostoją prywatności  pozostanie nasz dom, pod warunkiem że pozasłaniamy okna aby wścibskie oko kamery sterowanej przez komputer nie zaglądało  przez nie do jego wnętrza.

Musimy odbyć poważną, wyważoną debatę na temat tego jak daleko państwo (służby  porządkowe) mogą posunąć się w zbieraniu informacji o tym co robimy każdego dnia, nie zdając sobie nawet sprawy z tego jak uważnie jesteśmy śledzeni. Trzeba rozpocząć ją już teraz, póki system INDECT jeszcze nie pracuje, choć  prace badawczo-rozwojowe są na bardzo zaawansowanym poziomie. Jak daleko jesteśmy wstanie zrezygnować z prywatności? Jak wiele jesteśmy w stanie  poświęcić dla wspólnego bezpieczeństwa? Czy aby  przypadkiem nie przyjdzie kiedyś komuś do głowy aby wykorzystać budowane teraz instrumenty bezpieczeństwa do ciemiężenia obywateli? Pokusa będzie ogromna, zakres oddziaływania na ludzi również. Stoimy przed trudnym wyborem, od decyzji  będzie dużo  zależało.

Na zakończenie dodam że do dziś kwestia gromadzenia i przetwarzania nagrań z kamer przemysłowych    monitoringu miejskiego jak również zainstalowanych w urzędach i centrach handlowych nie podlega spójnym i  jednoznacznym regulacjom. Totalna wolna amerykanka.

wtorek, 24 stycznia 2012

Pora zmienić okulary

Pan Zbigniew Hołdys wyraził bardzo krytyczną opinię w wywiadzie dla WP na temat protestu internautów przeciw ACTA. Chciałbym przedstawić swoje prywatne refleksje na jej temat, mam nadzieję że nie będę ścigany za naruszanie "własności intelektualnej" kogokolwiek, zważywszy że posłużę się cytatami z wywiadu.
  Czy ktoś jeszcze wierzy, że jego maile czy SMS-y są bezpieczne, że nikt ich nie czyta? Mamy pełen tracking komórek, kart kredytowych, działań w internecie. Zdjęcia wykonane z satelity są tak dokładne, że można na nich zobaczyć napis na papierosie człowieka idącego ulicą Manhattanu. To wszystko stosuje się w majestacie prawa już dziś. W ten sposób szuka się też terrorystów, gangsterów, pedofilów - i nikt nie protestuje.
O ile terroryści, gangsterzy i pedofile stanowią olbrzymie zagrożenie dla społeczeństwa, o tyle pospolity internauta nie podkłada bomb, nie wymusza haraczy i nie molestuje dzieci. Nie potrzeba więc używać przeciwko zwykłym ludziom takich metod. Powszechna inwigilacja jest przestępstwem i nie powinna być dopuszczalna, bez względu na to cel jaki ma być za jej pomocą osiągnięty. Prawo dopuszczające taką możliwość jest prawem zbrodniczym.
Niech Jacek poda komuś ze swoich bliskich lek wytworzony na wietnamskiej wsi w opakowaniu Pfizera i niech się nie denerwuje, gdy mu ten bliski zacznie schodzić ze świata.
Istotą protestu jest zablokowanie przyjęcia regulacji dotyczących internetu, np. możliwości pozbawiania dostępu do sieci w przypadku choćby cienia podejrzenia złamania prawa. O ile mi wiadomo ludzkość nie dysponuje jeszcze metodą przesyłania rzeczy takich jak leki poprzez wirtualną sieć. Czyżby to celowe spłaszczanie przekazu, w celu udowodnienia że "moje jest na wierzchu", czy zwykła głupota? Przepisy zakazujące obrotu podrobionymi lekami, sprzętem i ubraniami - TAK, uszczelnijcie granice. Blokowanie obrotu w internecie - NIE! 
W USA przygotowywane są dwa akty prawne, mające chronić własność intelektualną - SOPA  i PIPA . ACTA , do którego wkrótce przystąpić mają kraje Unii Europejskiej, jest porozumieniem globalnym.
Kongres USA niedawno zablokował prace na przyjęciem wymienionych aktów prawnych (SOPA i PIPA) właśnie z powodu obawy o wolność słowa w internecie. Podobnie powinna postąpić Polska w przypadku ACTA.
Ludzkość musi się z tym pogodzić, że wraz z postępem cywilizacyjnym będą pojawiały się nowe przestrzenie wolności, ale też nowe prawa, nowe regulacje. Być może wcześniej nie były one potrzebne, ale dziś już tak.
W tworzeniu nowego prawa liczy się zdrowy rozsądek, a traktowanie całej społeczności internetowej jako potencjalnych przestępców wykracza po za wszelkie ramy walki z przestępczością. Dopuszczana prze prawo możliwość śledzenia i ścigania każdego za choćby cień podejrzenia z dala śmierdzi totalitaryzmem. Lata temu Pana Hołdys poprzez swoją twórczość walczył z komuną, dziś popiera ograniczanie wolności zwykłych ludzi. Powodem jest to że będzie miał z tego wymierne korzyści finansowe. 
Dodaje, że oczywiście każde prawo, jeśli znajdzie się w rękach nieodpowiedniej osoby może stać się groźne, można dokonywać nadużyć, ale to nie znaczy, że w związku z tym należy w ogóle z niego zrezygnować.
Małpa z brzytwą jest niebezpieczna, ale dajmy jej tą brzytwę, może nikogo nie zaszlachtuje.
 Może to zaowocować bojkotem naszego kraju przez państwa, które podpiszą porozumienie – mogą nam zamknąć dostęp do zagranicznych witryn lub odwrotnie – polskie witryny nie będą dostępne za granicą.
Polacy już dziś mają problem z dostępem  do zagranicznych serwisów, ale z zupełnie innego powodu. Pozwolę sobie zacytować fragment artukułu z POLITYKI (nr3 2842, 2012r.):

"Inni boją się naszych przepisów dotyczących prawa autorskiego. Dlatego Polakowi tak ciężko kupić w internecie na przykład pliki z muzyką."

Artyści będą bronić ACTA ponieważ podpisanie tego paktu będzie chronić ich interesy, mówiąc kolokwialnie, nabijać im zer na kotach. Oby w przypadku wprowadzenia w życie kontrowersyjnego prawa wolność artystycznej twórczości nie została ograniczona. Niedopracowane prawo jest jak Saturn, pożera własne dzieci.

niedziela, 22 stycznia 2012

ACTA

Bardzo często europejscy politycy pięknie mówią o wolności słowa, wolności sumienia i podstawowych pracach człowieka. Jak widać, mówienie nie zawsze idzie w parze z czynami. Międzynarodowe porozumienie o kontroli internetu, bo tak należy rozumieć porozumienie ACTA to zwyczajna kpina z obywateli, otwieranie drogi do jawnej cenzury internetu. W imię czego? W imię interesu globalnych graczy rynku wydawnictw audiowizualnych. Pod wzniosłymi hasłami ochrony praw autorskich, próbuje się przemycić bardzo niebezpieczne regulacje, dające niemal nie ograniczoną swobodę w kontroli i blokowaniu treści znajdujących się w internecie. Postępowanie to jest kopią kroków poczynanych przez reżim komunistyczny w Chinach, którego celem jest odcięcie mieszkańców kraju od informacji krytycznych wobec władzy. Czyżby na tym samym zależało przywódcom państw, które same siebie nazywają Światem Demokratycznym? Mam nadzieję że nie, i że ludzie ci opamiętają się. Mam nadzieję że ulegli tylko namowie pewnych grup interesów, które tracą na nielegalnym obrocie plikami.

Nie powinno się kusić losu, nigdy nie wiadomo kiedy do władzy dojdą ludzie którzy będą chcieli wykorzystać te przepisy do własnych, nie koniecznie czystych celów. Przez uchyloną furtkę mogą przekraść się autorytarne zapędy, a wtedy biada wszystkim tym, którzy będą myśleli inaczej niż sprawujący władzę.

Karanie za wymianę plików, ich udostępnianie, w przypadku kiedy nikt nie uzyskuje z tego tytułu korzyści majątkowej powinno zostać zawieszone. Pazerne koncerny wydawnicze żerują na artystach, narzucając korzystne dla siebie olbrzymie marże ze sprzedaży ich dzieł. Kurczący się rynek wydawniczy staję się co raz bardziej wymagający, malejące wpływy ze sprzedaży płyt kompaktowych nie są rekompensowane przez wpływy ze sprzedaży internetowej, ponieważ absurdalne stawki naliczane przez głównych graczy skłaniają miliony osób do naruszania prawa i nielegalnego obrotu plikami. Nie ma sposobu na zatrzymanie tego trendu, bez jednoczesnego naruszania swobód obywatelskich w sieci. Globalna sytuacja na tym polu zaczyna przypominać chorą politykę wielu państw, w tym państwa polskiego, w sprawie narkotyków. Zamiast pozwolić nie niewielki obrót narkotykami (piracki obrót plikami audiowizualnymi), mnożymy regulacje i instytucje mające na celu ściganie tych przestępstw i produkujemy przestępców (w Polsce za łamanie praw autorskim można dostać dwa lata więzienia). Kolejna ślepa uliczka do której prowadzi nas chciwość bogaczy i krótkowzroczność polityków.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Trybunały dla Europy

Ministra Sikorskiego prywatnie bym nie lubił, ale zważywszy na niekwestionowane kompetencje uznaję go za bardzo dobrego Ministra Spraw Zagranicznych. Przemówienie, o de facto utworzeniu Stanów Zjednoczonych Europy (nazwa ta nie bardzo mi się podoba), wygłoszone w Berlinie jest pełnym wyrazem przekonań pana Sikorskiego, ponadto wpisuje się pozytywnie w  próbę rozwiązania problemów UE. Jest głosem odważnym, zauważę tutaj że odwagi polskim ministrom ostatnio nie brakuje, np. min. Rostowski podczas mowy w PE przytoczył anegdotę o uzyskiwaniu Zielonej Karty w obawie o wybuch wojny, dając tym samym do zrozumienia że obecna sytuacja jest bardzo groźna dla kontynentu. Przykro jest pozbywać się pewnych swobód na rzecz innych, w tym przypadku ponadnarodowych instytucji, ale w sytuacji globalizacji, ścisłych powiązań na jakich opiera się unia, niefrasobliwa polityka finansowa jednego pociągnie na dno wszystkich. Aby temu zapobiec trzeba jeszcze ściślej się związać ze sobą, oddać część kompetencji rządowych w ręce unijne, z nadzieją że będą tam zasiadali ludzi, którzy znają się na rzeczy i zdołają - po pierwsze - wyciągnąć nas z obecnego kryzysu, - po drugie -  nie dopuszcza do powtórki sytuacji.

W kraju podniósł się ferment, ministrowi grożono Trybunałem Stanu, oskarżano go o oddawaniu Polskiej suwerenności. Czy działaniem, które można podobnie nazwać nie jest udawani się do innego kraju z prośbą o pomoc w wyjaśnieniu katastrofy smoleńskiej, zarzucając własnemu państwu nierzetelność w tej sprawie? Wytykano całemu rządowi że nie podjął wcześniejszej debaty o propozycjach zmian w UE w kraju. Ale na jaką debatę można liczyć w kraju, w którym szef największej opozycyjnej partii neguje wynik wyborów, odmawia moralnego (?) prawa o rządzenia zwycięskiej partii? Taka debata  nim by się rozpoczęła stanęła by na odmawianiu premierowi prawa do decydowania o losach kraju. Ugrzęzła by w polskim piekiełku, nikt by się o niej nie dowiedział. Z powodu nierozumienia przez znaczną część klasy politycznej zasad funkcjonowania demokracji, trzeba działać w ukryciu, z zaskoczenia

Przez długi okres historii Polska nie miała możliwości samodzielnego kształtowania swej polityki, w czasach zaborów nie posiadała nawet własnych instytucji państwowych. Jedną z przyczyn było niedostosowani się szlachty do panujących realiów politycznych. Podobnie zachowuje się dziś prawica. Jeżeli Polska chce się liczyć na arenie międzynarodowej, musi zrzec się do pewnego stopnia suwerenności w kwestiach finansowych, gospodarczych, a nawet w kwestii polityki zagranicznej. Europa mówiąca jednym głosem to w tej chwili mrzonka, unijna dyplomacja jest niemrawa, a jeśli ktoś chce wiedzieć jakie jest stanowisko Europy to słucha Berlina bądź Paryża. Tam zapadają główne decyzje, jeśli będziemy się izolować wkrótce i tak nie będziemy mieli większego wpływu na to co dzieję się w krajowej gospodarce, ponieważ nie damy rady odizolować jej od rynków międzynarodowych, prowadziłoby to do jej uśmiercenia.

Z pewnością nie jeden prawicowy polityk w głębi ducha tęskni za dawną Rzeczypospolitą, która nie była niczym innym jak unią wielu narodów. Budząca się w XIX w. narodowa świadomość nacjonalizm doprowadziły do powstania wielu państw, podobnie było w wielu innych rejonach Europy, każdy chciał być na "swoim". Obecną sytuację kontynentu porównam do wielkiej, wielopokoleniowej rodziny. Najpierw wszyscy mieszkali wspólnie, jednak co raz częstsze niesnaski spowodowały że każdy brał kredyt na własne M. Wszystko było OK, dopóki każdy z osobna mógł żyć na kredyt, a gdy skończyła się prosperity większość nie jest już w stanie płacić za niezależność, muszą się ponownie wprowadzić do jednego domu. Zupełnie jak Europejczycy. Trzeba się z tym pogodzić.

niedziela, 27 listopada 2011

Intelektualne wygibasy

W sobotnim wydaniu Rzeczpospolitej w dodatku PlusMinus opublikowano artykuł Stefana Sękowskiego "Dwie strony jednej monety", który jest przykładem myślenia prowadzącego w ślepą uliczkę. Autor opisuje środowiska lewicowe i prawicowe w Niemczech, wyraźnie gloryfikując i preferując te drugie. Wypunktowuje przestępstwa popełniane prze faszystów i nacjonalistów niemieckich, i porównuje je z dokonaniami terrorystów z RAF. Wszystko to podsumowuje jednym zdaniem:
Brunatni terroryści w Niemczech nie zrobili niczego, czego wcześniej nie zrobiłaby skrajna lewica.
Poczułem się porażony. Wpierw opowiedziano mi o mordowaniu urzędników państwowych, pobiciach, napadach na banki i wielu innych przestępstwach i występkach lewaków, uzupełniono to danymi statystycznymi - z którymi nie będę polemizował, nie mam żadnej wiedzy na ten temat - a następnie w prostacki sposób usprawiedliwiono kilka morderstw na obcokrajowcach, zastrzelenie policjantki, obrabowanie kilku banków oraz nie wiadomo co jeszcze.

Jeżeli ruch narodowców, często przechodzący w jawny faszyzm jest tak nieszkodliwy, jak starają się nam usilnie udowodnić prawicowi publicyści i cała masa ich popleczników, to czemu zniżają się do poziomu zwykłych kryminalistów? Antife i inne skrajnie lewicowe organizacje obsmarowuje się bez żadnych wyrzutów sumienia, przeciwną stronę natomiast usprawiedliwia się za wszelką cenę. Jeżeli ktoś jest mądrzejszy, dojrzalszy i bardziej odpowiedzialny od swego antagonisty, bądź też za takiego się uważa, powinien wiedzieć co mu przystoi, kiedy powiedzieć "STOP!". Wtedy można bez żadnej moralnej dwulicowości wypominać błędy. W mniemaniu pana Sękowskiego skrajne prawicy to nie dotyczy, ba! powiem więcej, nie dotyczy to całej prawicy!

Ten artykuł odbieram jako kolejną nieudaną próbę odwrócenia uwagi od odpowiedzialności środowisk prawicowych za wydarzenia z 11 listopada. Próbę niskich lotów, chcąc wybielić własne gniazdo obnażono jego jałowość intelektualną i zaściankowość. Jeżeli chcemy kogoś pouczać nie róbmy tego samego,  są to szczyty hipokryzji. Zamiast bić się w piersi, próbują szukać na siłę wytłumaczenia, alibi. A najdziwniejszy jest fakt że próbują go znaleźć u Niemców, tych samych którymi bezpośrednio po zamieszkach w stolicy straszyli rodzimą opinię publiczną.
Zgodzę się tylko z jednym, przyzwolenie płynące z góry tylko zaostrza napiętą już sytuację, powoduje eskalację konfliktu, ośmiela obie strony do co raz ostrzejszych reakcji. Wątpliwej jakości argumenty autora, jak i skandaliczne przytoczone tu zdanie z publikacji, klasuje ten artykuł w zakładce "podżegacze".

wtorek, 22 listopada 2011

Do Odważnych świat należy

Nareszcie!!! Pierwszy premier w dziejach tego kraju, który nie bał się powiedzieć komu i ile odbierze. Reforma emerytur jest potrzebna do prawidłowego funkcjonowania gospodarki jak powietrze do oddychania. Na chwilę obecną wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat to bardzo sensowna i odważna decyzja, podobnie jak zrównanie w tej domenie kobiet i mężczyzn, w końcu mamy równouprawnienie. Natomiast okres czasu, na jaki została rozpisana ta rewolucyjna zmiana, budzi pewne zdziwienie. Czekanie niemal 40 lat na jej zakończenie to stanowczo zbyt długo, powinno się tego dokonać w czasie maksymalnie 10 lat, a najlepiej 5 lat, im szybciej tym więcej uda się zaoszczędzić. Mundurówkę też czekają niemiłe zmiany, choć, o dziwo, związki zawodowe są zadowolone. Wydłużenie stażu pracy uprawniającego do emerytury o 10 lat jest sensowną decyzją. Skoda tylko że obejmie to tylko nowo wstępujących do służb, niestety na drodze stanęła Konstytucja. Nie jako na osłodę rząd obiecuje podwyżkę.  Ja osobiście poszedłbym jeszcze dalej, po 25 latach służby policjant (lub inny funkcjonariusz służb mundurowych), mógłby przejść na nie pełną emeryturę (dajmy na to 70% sumy), całość świadczenia otrzymywałby po ukończeniu 67 lat, lub podejmowałby pracę w innym sektorze, co najmniej do czasu osiągnięcia wieku emerytalnego.
Następną zmianą, którą chciałbym teraz przedstawić, głównie ze swojego punktu widzenia, jest sprawa górnictwa. W czasach PRL-u górnicy cieszyli się dużym szacunkiem i wieloma przywilejami. Wynikało to z modelu gospodarczego. Dziś, gdy polskie kopalnie są zamykane, a w tych, które dalej pracują wydobycie staje się co raz droższe, przywileje te nie maja racji bytu. Przed kilkoma laty, gdy chciano to zmienić, związkowcy przywieźli masę górników, którzy dokonali demolki Warszawy porównywalnej, albo nawet większej z tym co mieliśmy okazję zobaczyć 11 listopada, politycy ustąpili, nic się nie zmieniło. W rządowym projekcie znalazła się propozycja aby prawo do emerytury po 25 latach pracy, otrzymywali tylko ci, którzy pracują bezpośrednio przy wydobyciu, dziś taki przywilej posiadają wszyscy pracujący w górnictwie. Czas na moje zdanie. Zastosowałbym taki sam manewr jak przy mundurowych, po 25 latach pracy, niepełne świadczenie, bądź praca w innym sektorze do uzyskania 67 roku życia. Oczywiście tylko dla pracujących na dole, cała reszta przechodziłaby na emeryturę na takich samych zasadach jak inne branże. Należy również rozprawić się z wszechwładzą związków zawodowych, które w tym przypadku nie chronią pracowników, a żerują na przedsiębiorstwach wydobywczych. Możliwość aby jeden pracownik mógł należeć jednocześnie do kilku związków powinna zostać zablokowana, w chwili obecnej mamy patologiczną sytuację, jeden pracujący może należeć do nieskończenie wielkiej liczby związków, które są z mocy ustawy finansowane przez pracodawcę. Pensje działaczy są stanowczo za wysokie, nie pracują dla dobra firmy, a dostają wynagrodzenia porównywalne z wysokimi stanowiskami menadżerskimi. Powinny kształtować się na poziomie średniej płacy w danym przedsiębiorstwie. Prezesi państwowych spółek powinni otrzymać dużo większą władzę, aby mogli swobodnie działać, w chwili obecnej są krępowani przez centrale związkowe, oraz polityczne nadania i koneksje, za swoją pracę winni być wynagradzani stosownie do wyników osiąganych przez kierowane przez nich zakłady
Nowe idzie też na wsi. Wielkich pieniędzy może się tam nie znajdzie, ale z pewnością są one większe niż zapewniają politycy PSL i PiS. Osobiście widziałbym reformę polskiej wsi tak: likwidacja KRUS, włączenie wszystkich rolników do systemu ZUS. Opodatkowanie wszystkich gospodarstw rolnych podatkiem PIT, składką rentową i ubezpieczeniową. Ustalenie minimalnej ilości areału od której otrzymywałoby się status rolnika, na początek 6 ha, następnie sukcesywne, raz na kilka lat podnoszenie tego minimalnego wskaźnika do poziomu co najmniej 50 ha. Należało by również opracować dokładne powierzchnie minimalne gwarantujące rentowną produkcję dla poszczególnych upraw/hodowli w celu dokonania wyjątków od wyżej opisanej reguły. Uzależnienie otrzymywania dopłat unijnych od wykazania produkcji. Wszystkie te zmiany powinny zaowocować poprawą efektywności gospodarowania, zlikwidowaniem ukrytego bezrobocia, a dzięki skierowaniu środków wspólnotowych i budżetowych na aktywizację zawodową poprawienie warunków bytowych ludności nie spełniającej wymogów nowoczesnego rolnika. Skończyłby się również mit (często uprawniony) dotowania przez resztę społeczeństwa polskiej wsi. Propozycje przedstawione przez rząd są znacznie mniej rewolucyjne, z pewnością za sprawa koalicjanta, któremu nie zależy na reformowaniu a na konserwowaniu.
Pomimo jednak często bardziej rewolucyjnego stanowiska, cieszą mnie zmiany zapowiedziane przez gabinet Donalda Tuska. Musimy za wszelka cenę uniknąć losu Grecji, a zmiany proponowane przez rząd mają właśnie to na celu. Kryzys jeszcze się nie skończył, może potrwać jeszcze długo, a my już wykorzystaliśmy nasz limit szczęścia na nic nie robienie, trzeba zacisnąć pasa, będzie bolało, jeśli wszystko pójdzie dobrze, krótko. Potem powinno być już tylko lepiej.